26 kilometrów od Warszawy (2)
Stanisław Markowski | 2010-05-14 20:44:11 | drukuj
Stanisław Markowski
 
26 kilometrów od Warszawy (cz. II)

Zapiski z sierpnia i września 1944 roku

18 sierpnia. Ustał dopływ prasy z Warszawy, a wszyscy są spragnieni wiadomości. Dlatego też dwaj koledzy z 52 plutonu — Lonek Borowiak „Niktowicz” i Janusz Bień „Stadnicki” (syn Adama, ministra Rządu Podziemnego, przebywającego teraz w Warszawie), podjęli decyzję wydawania pisma „Tu Mówi Londyn”. Lokalu użyczył inżynier Warzycki przy ul. Warszawskiej. Przepisują na maszynie i kolportują dziewczyny, łączniczki z AK.

20 sierpnia. W naszej miejscowości zakwaterowano żołnierzy węgierskich. Są do Polaków życzliwie usposobieni. Pozwalają sobie podkradać  amunicję i  granaty. Niektórzy sprzedają karabiny, na które mówią „puszka”. Wśród ciężkich karabinów maszynowych, które posiadają, jeden jest pochodzenia polskiego. Należał do oddziałów internowanych w 1939 r. Jeszcze ma tabliczkę informującą, że ufundowała go załoga firmy E. Wedel.

      Ojca odwiedził generał Lengyel. Znajomy z czasów przedwojennych, gdy był attaché militarnym w Poselstwie Węgierskim. Teraz dowódca wojsk stacjonujących pod Warszawą. Prosił Tatusia, aby dać znać powstańcom o jego obecności. Ojciec z tą sprawą udał się do pułkownika „Romana”, komendanta Podokręgu Zachodniego. Co się działo dalej, nie wiem.

22 sierpnia. Dziś imieniny Honoraty. Było dużo wódki i wisielczy nastrój. Ogólnie biorąc, zabawa była dobra. Było mi trochę głupio, gdy dowiedziałem się, że tego właśnie dnia zginął na Starym Mieście, wyróżniający się dzielnością Heniek Weiss.

23 sierpnia. Wydostała się z Warszawy znajoma Węgierka, Aranka Weiss, wdowa po pułkowniku polskim. Jej syn  Henryk i córka Wisia, walczą w Powstaniu. Ona wybiera się z jakąś misją do generała Lengyela. W Leśnej Podkowie pijany Własowiec chciał ją zabić bagnetem, uratowali ją oficerowie węgierscy. Przesłuchiwany tłumaczył się, że chciał zabić „szpiona”, gdyż zaobserwował, że z Polakami rozmawiała po polsku, z niemieckimi żołnierzami po niemiecku, a z węgierskimi po węgiersku. Dla tego prostaczka, wychowanego w sowieckiej atmosferze podejrzliwości, ktoś, kto zna aż trzy języki musi być „szpionem”. Inna sprawa, że w tym przypadku nie bardzo się pomylił.

29 sierpnia. Niemcy zaczynają przeszukiwać domy i urządzać łapanki na ulicach. Ich głównym celem są Warszawiacy, których umieszczają w obozie pruszkowskim.

      Przeżyliśmy niebezpieczną parodię Sądu Ostatecznego. Trzech ubranych w mundury niemieckie osobników zasiadło w fotelach ogrodowych. Prawdopodobnie byli to Ukraińcy, gdyż mówili doskonale po polsku. Następnie zaczęli selekcjonować zgromadzonych pod murem mieszkańców naszego domu. Kto może zostać - na prawą stronę, a kogo zabierają, to na lewo. Chcą też zabrać Ilonę, która stoi w pożyczonym szlafroku, gdyż przed chwilą uprała jedyną sukienkę. Sytuację uratowała jabłoń, w cieniu której sprawowali sądy. Urodzaj jabłek jest w tym roku tak wielki, że gałęzie łamią się pod ciężarem owoców. Ukraińcy pochodzą zapewne ze wsi, gdyż widok pogiętych gałęzi wprawia ich w wyraźną irytację i wymyślają nam za brak dbałości o drzewo. Obietnica, że natychmiast ustawimy podpory pod gałęzie, zadawala ich do tego stopnia, że odchodzą, pozostawiając wszystkich, łącznie z Warszawiakami, na miejscu.

      Nie wszędzie poszło tak szczęśliwie. Gdy przeszukiwano emerytowanego pułkownika Trylińskiego, nie można było znaleźć kluczy od drzwi wiodących na strych. Gdy chciano wyważyć drzwi, pułkownik oświadczył: „Daję słowo honoru oficera polskiego, że na strychu nie ma nikogo!” Wówczas chamisko w mundurze feldgrau odparło: „Mam w dupie słowo honoru oficera polskiego!” Pułkownik dał mu w twarz i zginął zastrzelony przez rozwścieczonego rewidenta.

31 sierpnia. Prawa ekonomiczne są silniejsze od patriotyzmu. Wszyscy są za rządem londyńskim, za AK gotowi są oddać życie, ale pomimo nakazów nikt nie chce przyjmować banknotów 500-złotowych. Ojciec załatwia więc z kapelanem Wojsk węgierskich, że ten pomoże rozmienić pięćsetki, będące w posiadaniu skarbnika AK, na drobniejsze. Istotnie kapelan wyjeżdża gdzieś z walizką naszych 500-setek i na drugi dzień przywozi wielkie pudło pełne setek i pięćdziesiątek.

2 września. Coraz więcej ludzi wypędzonych z Warszawy, znajomych i obcych, zatrzymuje się w naszym mieszkaniu. Ja oddałem swoje łóżko i śpię na sienniku na podłodze. Zupę na obiad gotuje Mama w największym saganie, jaki znajduje się w naszej kuchni. Zaczynają się problemy z korzystaniem z łazienki, brakiem wody, przelewającym się szambem. Pojawiła się niespotykana dotychczas plaga pcheł. Wszystko to są drobnostki w porównaniu z tragedią Warszawy, ale są to bardzo dokuczliwe drobnostki.

      Oprócz mieszkających u nas Warszawiaków na obiady przychodzi Czesław Zawadzki, ziemianin, wysiedlony w 1940 roku z Ziemi Kujawskiej. Ma trzech synów, walczących w Powstaniu. Opowiada o nich z dumą. Sytuacja jest wyjątkowo głupia i niezręczna, gdyż mamy pewną wiadomość, że jeden z nich, Jurek, zginął pierwszego sierpnia w czasie walk o zdobycie budynku SS na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta. Jak mu o tym powiedzieć?

3 września. Zapotrzebowanie na „Tu Mówi Londyn” coraz większe, przepisywanie na maszynie nie wystarcza. Trzeba zdobyć powielacz. Zamaskowani, z pistoletem w dłoni, chłopcy rekwirują go w Urzędzie Gminnym w Milanówku. Siostra, Lala, szyła chłopakom maski. Dwa razy. Pierwszy raz uznali, że za małe i nadają się tylko na bal karnawałowy. Pracy przy powielaniu jest tyle, że wciągają mnie do pomocy, ale po kilku dniach rezygnują ze względu na właściciela lokalu. użyczając go podkreślił, że nie wolno niczego zmieniać w pokoju, a ja sięgnąwszy do biblioteczki, włożyłem książką w inne niż poprzednio miejsce. Zagroził wyrzuceniem. Dziwak, nie boi się obozu lub śmierci w razie dekonspiracji, a wyżej stawia swój pedantyczny porządek.

      Rewanżując się siostrze chłopcy rekwirują dla niej - za pokwitowaniem - piękny rower damski. Będzie go używać w miejsce starego grata, na którym jeździła do okolicznych majątków, wręczając w imieniu AK nakazy dostarczania do RGO w Milanówku określonej ilości produktów. Dzięki temu łatwiejsze się staje dożywianie wyrzuconych z Warszawy oraz przebywających poza domem żołnierzy AK. Nakazy te siostra Lala wozi schowane w rurach kierownicy.

5 września. Ubezpieczałem radiostację, działającą przy ul. Inżynierskiej. Współpracował z nami handlarz papierosami, stojący przy szosie oraz żebrak „urzędujący” na przystanku EKD. W razie nadjechania czarnego samochodu z zasłoniętymi szybami należy natychmiast zawiadomić naczelnika poczty Parzyńskiego, por. „Józefa”.

      Odnalazł się brat p. Zawadzkiego. Musiał spełnić przypadający mu ciężki obowiązek. W konsekwencji p. Czesław ze łzami w oczach informował o śmierci syna, a my udawaliśmy, że pierwszy raz słyszymy, znaną nam już od tygodni, smutną wiadomość.
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne