Wrzesień 1939 r.
Alfred Fiderkiewicz | 2010-05-14 20:34:25 | drukuj

Alfred Fiderkiewicz

Wrzesień 1939 r.

[Autor wspomnień Alfred Fiderkiewicz (1886-1972) był działaczem politycznym, komunistą, lekarzem, ps. „Doktor”. Do 1922 r. przebywał w USA, gdzie ukończył studia medyczne. Po powrocie do Polski początkowo był posłem na Sejm z listy PSL Wyzwolenie; w latach 1925-27 był członkiem Niezależnej Partii Chłopskiej; od 1925 w KPP, współzałożyciel grupy „Proletariusz”; od 1942 w PPR. Aresztowany przez Niemców, przebywał w obozie w Oświęcimiu (1943-1945). W Milanówku zamieszkał w 1924 r. i prowadził własną niewielką klinikę położniczą. Cieszył się dużym uznaniem wśród pacjentów.  Po wojnie nie wrócił do Milanówka. W latach 1946-1948 – w służbie dyplomatycznej (prezydent Krakowa, ambasador w Kanadzie). Członek PZPR; przewodniczący ZG Związku Zawodowego Prac. Służby Zdrowia (1949-1955). Odznaczony Orderem Budowniczego Polski Ludowej. Napisał 3 tomy wspomnień. Wspomnienia na temat września 1939 r. pochodzą z tomu „O wojnie i ludziach PPR” (Iskry, W-wa 1969) – (przyp. AP).]

*

Takich pięknych, słonecznych, ciepłych dni w Polsce jak we wrześniu i całej jesieni 1939 r. nie pamiętałem. Bogowie sprzyjali hitlerowcom w barbarzyńskim napadzie na Polskę. Choć słońce grzało, zimny dreszcz przechodził po skórze, a w głowie aż się kołowało od złowieszczych myśli.

O świcie, dnia pierwszego września, wtargnęli Niemcy na ziemie polskie.   Na Warszawę i inne miasta spadł grad bomb lotniczych niosących śmierć i pożogę. Z pokładu pancernika Schleswig-Holstein i goszczącego w porcie gdańskim okrętu Königsberg – Konia Trojańskiego –plunęły lufy armatnie na polski, umocniony posterunek na Westerplatte.

Drugiego września, mimo bombardowania, wyjechały z Warszawy karetki Czerwonego Krzyża. Jedna z nich przyjechała do Milanówka. Szofer i młoda kobieta, nie pytając się nawet o zgodę, szybko wyładowali na werandę mojego domu jej zawartość: zwoje waty i ligniny, paczki bandaży, pudła z gotowymi do użytku sterylizowanymi opatrunkami oraz kilka kompletów narzędzi do drobnej chirurgii. W drewnianych paczkach ułożone były leki płynne, a w innych środki antyseptyczne.

Bogaty był także ekwipunek dla obsługi sanitarnej: ochronne mundury, hełmy metalowe, maski przeciwgazowe oraz łopaty, topory, pasy i sznury... W końcu, torby z kompletami opatrunków do doraźnej pomocy, cztery pary noszy, kilkanaście naramiennych opasek. Duża chorągiew Czerwonego Krzyża zamykała całość.

Kobieta dając mi kwitariusz do podpisu rzekła: „proszę dysponować według uznania i zapotrzebowania Milanówka oraz okolicy”.

(...) Czwartego września wzmagają się naloty na Warszawę. Z balkonu domu obserwuję lecące bombowce i choć odległość w linii prostej sięga ponad 20 kilometrów, widzę nurkujące samoloty, a potem kłębowiska wznoszących się dymów i duże, rozszczepione jęzory płomieni.

Około południa eskadra złożona z trzech samolotów oblatuje Milanówek, krąży wpierw wyżej, a potem niżej.

Stacja Jedwabnicza jest całkowicie przykryta zielonymi gałęziami, które zlewają się z lesistym dywanem naszego letniska. Czy szukali tego zakładu przemysłowego? – Nie wiadomo.

Przed dworcem, pod semaforem, stanął pociąg towarowy zdążający do Warszawy. Jakiś bojowo nastawiony oficer zasiadł na korcie tenisowym w pobliżu toru kolejowego i z karabinu maszynowego walił seriami do krążących samolotów. Czy trafił? – Należy wątpić, a jeżeli tak, to nieszkodliwie, bo samoloty nie przestawały oblatywać miasta.

W pewnym momencie rozległy się niesamowite wybuchy pięciu czy sześciu bomb, a po chwili zawyły syreny Stacji Jedwabniczej i Urzędu Gminy oraz stacji kolejowej.

Szybko wyjechałem wraz z synami, Stefanem i  Walterem, w stronę wybuchających bomb. Na torach kolejowych oraz przy ul. Krakowskiej – tłum ludzi. Na zbombardowanym terenie leżą cztery trupy. Zabitych zabrały lamentujące rodziny, sześciu ciężko rannych, w tym dwie kobiety, po założeniu opatrunków i zastrzykach wysłałem Elektryczną Kolejką Dojazdową (EKD) do szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie. Pozostałych kilkunastu lżej rannych zabrałem samochodem do mojego szpitalika. Od tego czasu dom mój stal się na okres kilku miesięcy szpitalem wojskowym.

Po tej tragedii zgłosiło się do pracy pielęgniarskiej wiele młodych dziewcząt, lecz przyjąłem jedynie dziesięć czy dwanaście w wieku od 16 lat wzwyż. Miałem bowiem tylko taką ilość opasek i toreb ze znakiem Czerwonego Krzyża. Jakkolwiek wolontariuszki nie posiadały pielęgniarskich kwalifikacji, jednak Mackiewiczowa, Lodzia i Józia miały podstawowe doświadczenie pracując już w tym zawodzie pod kierownictwem lekarzy.

Od tego czasu pielęgniarki – dziewczynki patrolowały nie tylko Milanówek, lecz i okolice. Wciąż wyszukiwały rannych i przyprowadzały lub przynosiły na noszach nowe ofiary wojny. Opowiadały też o wszystkim, co usłyszały w mieście. A wieści były straszne, nie do uwierzenia.

Ale bywały też chwile ogólnej radości. Cieszyli się ludzie wiadomością, że Anglia, a w ślad za nią Francja, wypowiedziały Niemcom wojnę.

„Teraz nie będziemy sami, pokażemy nasza wspólną siłę” – mówili.

Z niecierpliwością wpatrywaliśmy się w obłoki, na lecące eskadry samolotów. Optymiści i adoratorzy Zachodu z radością krzyczeli: „patrzcie, angielskie i francuskie samoloty lecą! jakie piękne, jakie wielkie – srebrzyste...”

Ale złudzenie szybko prysło, bo po chwili usłyszeliśmy takie samo jak w dni poprzednie ostrzeżenie, podawane przez warszawską radiostację:

Uwaga, uwaga! Ogłaszamy alarm lotniczy dla miasta Warszawy! Uwaga, uwaga nadchodzi...

A w kilka minut później zobaczyliśmy takie same jak w dni poprzednie kłębowiska dymu i języki płomieni. Poza tym, tak samo jak wczoraj, widzieliśmy eskadry lecące w stronę twierdzy modlińskiej, a po chwili słupy dymu i wiele powtarzających się wybuchów.

Piątego i szóstego września bombowce i inne samoloty niemieckie przelatywały nad nami nieco wyżej, bowiem z gęsto zadrzewionego osiedla „Turczynek”, które składało się z kilku luksusowych willi, strzelała polska artyleria przeciwlotnicza. Przez dwa dni, dopóki starczyło amunicji, huczały armaty i choć w obłokach coraz gęściej ukazywały się baranki dymu, nawet dość blisko bombowców, jednak bez widocznego skutku – żaden samolot nie spadł.

Raz tylko ludzie w Milanówku mieli radosne widowisko. Znad Warszawy wracał niemiecki bombowiec ścigany i atakowany przez mały, polski pościgowiec, który walił do niego seriami z broni pokładowej. Bombowiec próbował kluczyć, lecz nie pomagało, obracał się ciężko jak krowa, a pościgowiec kołował, zaskakiwał i strzelał. W pewnym momencie coś się zadymiło wokół bombowca, ale czy zapalił się i czy spadł – nie wiadomo, bo walczące samoloty oddalając się w stronę Żyrardowa zniknęli z naszego pola widzenia.

Z pola walki dochodzą coraz czarniejsze wieści o załamaniu się frontu, rozbiciu naszej armii i o szybkim ofensywnym marszu hitlerowskich hord. W związku z katastrofą militarną pułkownik Umiastowski, przemawiając przez radio, wzywał młodzież do opuszczenia zagrożonych terenów, zapowiadając formowanie linii obrony nad Bugiem.

Na wezwanie większość dorastającej młodzieży opuściła domy rodzinne. Wyjechali też moi synowie. Pojechali moim samochodem z postanowieniem wstąpienia do wojska i oddania samochodu do dyspozycji armii polskiej. Szóstego, siódmego i ósmego września przybywało do Milanówka coraz więcej uciekinierów z zachodnich terenów Polski. Przyjeżdżali lub przychodzili pieszo do swoich krewnych czy też znajomych albo zatrzymując się tylko na krótko, szli w stronę Warszawy. Wielu też uciekinierów przeszło przez moje mieszkanie. Wystraszeni, zgłodniali, nieskłonni byli do opowiadań, zresztą po co pytać, wszyscy wiedzieliśmy, że hitlerowcy zajmując coraz to nowe tereny, mordowali cywilną ludność, palili wsie i miasteczka. Do mojego domu zgłaszało się najwięcej oficerów wyższej rangi – pułkowników i majorów. Zatrzymywali się krótko, prosili jedynie o ubrania. Przebierali się  w cywilne ubrania moje i synów albo w dostarczone przez bogatszych mieszkańców Milanówka. Niektórzy po zerwaniu szlif chowali mundury do plecaków lub chlebaków, inni zaś zostawiali je mówiąc: „proszę z tym zrobić porządek – spalić lub zakopać”. Mój szofer – ogrodnik, Wojciech Adamczyk („Stasiek”), zakopywał je w nocy miedzy krzewami.

Gdy ósmego września wracałem od chorego z dzielnicy Grudów, zobaczyłem na szosie, wiodącej z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy, długą kolumnę wojsk polskich.

Na rosłym, ale zaspanym koniu jechał chudy, blady oficer, a na wozach, ciągniętych przez wynędzniałe chłopskie koniki, siedzieli lub leżeli niżsi oficerowi i podoficerowie. W kolumnie było też kilkanaście polowych armatek, a rzędami, lecz bezładnie maszerowało kilka setek okrytych pyłem, przygarbionych ze zmęczenia żołnierzy.

„Szybciej chłopcy, szybciej” – dopingował oficer na koniu. – „Do Warszawy już niedaleko, nie więcej niż 27 kilometrów”.

Chciałem już odejść, gdy nadleciał, szarawy jak wrona, niemiecki pościgowiec. Zakołował najpierw wyżej, a potem nisko, po czym skręcił w stronę Grodziska. Minęło zaledwie kilka minut, kiedy usłyszałem strzały z karabinu maszynowego oraz dziwne klekotanie żelastwa. Po chwili na szosie wiodącej z Grodziska ukazały się pierwsze czołgi. Prawie równocześnie zauważyłem zamieszanie na tyłach naszych wojsk, lecz trwało to zaledwie parę minut. Oficer na koniu galopem objeżdżał kolumnę, dawał rozkazy. Po chwili oddział rozsypał się po bokach drogi. Widziałem, jak armatki skierowały się w stronę Leśnej Podkowy.

Skryłem się za tylną ścianą pobliskiego domu i mimo terkotania karabinów maszynowych nie ruszyłem się z miejsca. Chęć obserwacji dominowała nad uczuciem strachu.

Kolumna kilkudziesięciu wielkich czołgów oraz marsowe, sztywne, srogie twarze żołnierzy Wehrmachtu zrobiły na mnie niezwykle przygnębiające wrażenie. Czymże są nasze nędzne chłopskie furmanki i nikłe uzbrojenie wobec żelaznych machin. Nie czas jednak na rozmyślania, bo przy szosie, niedaleko mnie zobaczyłem kilkanaście kobiet i mężczyzn, chłopów polskich niemieckiego pochodzenia ze wsi Polesie. Znałem ich. Mało kto z nich mówił jeszcze łamaną niemczyzną, a teraz zastąpili czołgom drogę i wręczając kwiaty komendantowi żelaznej kolumny, coś mówili. W tym momencie odezwały się salwy strzałów wojsk polskich, a z pobliskiego młyna zaterkotał karabin maszynowy. Zahuczały też armatki z lasów Podkowy Leśnej.

Niemcy z furią odpowiedzieli. Z czołgów oraz karabinów maszynowych posypał się na ślepo grad pocisków, a potem tyraliera piechoty ruszyła do ataku. Bez skutku. Pod ostrzałem musiała się wycofać, zostawiając kilku zabitych i kilkunastu rannych. Na tym się skończyła walka. Rannych zabrali sanitariusze, a pięciu zabitych pozostawili przy dróżce prowadzącej do wsi Polesie. Tam też zostali pochowani.

Po tej walce wolno ruszyła żelazna kolumna w kierunku Brwinowa. Z dala widziałem, jak do jednego z czołgów wchodził ktoś w polskim mundurze wojskowym, a po chwili usłyszałem pojedynczy strzał.

Jeszcze nie doszedłem do swego mieszkania, gdy usłyszałem strzały dochodzące z Brwinowa. Strzelanina wzmagała się, trwała prawie bez przerwy. Słyszałem pojedyncze strzały karabinowe i terkotanie karabinów maszynowych. Do tego dołączyła się artyleria. Przycichło dopiero późnym wieczorem, lecz łuna, a wśród niej języki płomieni wskazywały, że w Brwinowie i okolicy doszło do poważnej bitwy wojsk polskich z agresywnymi napastnikami niemieckimi.

Tej nocy, ósmego na dziewiątego września, oka nie zmrużyłem, dziewczęta-sanitariuszki bowiem po skończonej walce, przydźwigały kilkunastu rannych, w tym trzech polskich żołnierzy.

Ze złością i łzami w oczach opowiadały sanitariuszki o zdradzie właściciela pięknej willi w Milanówku, majora Blanka1. Widziały majora w lasku wraz z młodym porucznikiem, potem zobaczyły go witającego się z oficerem niemieckiej kolumny czołgów, wreszcie wchodzącego do jednego z czołgów. W tym momencie usłyszały pojedynczy strzał. W przeczuciu czegoś złego, niespostrzeżenie przeczołgały się do lasku. Na ziemi pod krzakiem leżał ciężko dysząc porucznik. Z prawej skroni sączyła się cienka struga krwi. Szybko zrobiły opatrunek, ale zanim przeniosły go na nosze, porucznik zmarł.

Dziewiątego i dziesiątego września zniesiono lub przywieziono tylu rannych, wojskowych i cywilnych, że nie mogłem ich pomieścić w domu. Słoma i siano rozłożone na trawniku musiały chwilowo zastąpić łóżka. O wysłaniu, choćby ciężko rannych, do Warszawy mowy nawet być nie mogło, wszelka bowiem komunikacja została przerwana, a na przedpolach Warszawy toczyły się walki.

W tej sytuacji przyszła z pomocą gmina, która przejęła pensjonat Perełka, wyznaczając go na szpital. Poza tym w domu parafialnym również wydzielono dużą salę dla rannych. Do pracy stanęli też inni lekarze: dr Stróżecki, dr Klamrzyński i emerytowany dr Grodecki. Byli oni jednak lekarzami chorób wewnętrznych bez praktycznej znajomości „wielkiej chirurgii”.  I ja będąc ginekologiem miałem także tylko ograniczone wiadomości w tej dziedzinie. Brakowało nam również narzędzi chirurgicznych do poważniejszych operacji. Mimo to musieliśmy dawać sobie radę, robiąc wszystko w granicach naszych umiejętności i możliwości. Byliśmy jednak zupełnie bezradni wobec pacjentów z postrzałami w jamę brzuszną. W jednym tylko przypadku chciałem zaryzykować dostanie się do jamy brzusznej, ale pacjent był tak wykrwawiony, że zanim ułożyliśmy go na stole operacyjnym – zmarł. Skąd był przywieziony, nie pytałem, ale podczas parogodzinnego pobytu w moim szpitaliku wciąż powtarzał: cholery pułkowniki, majory – sami pouciekali, a nas w rowach z porucznikami, sierżantami i kapralami zostawili. Już po bitwie pod Rawą uciekło wielu, a pod Mszczonowem dowodziło w walkach tylko dwóch poruczników rezerwy i niższa szarża.

Podobnie mówiło wielu innych rannych żołnierzy. Trudno było im nie wierzyć. Pochodzili z różnych formacji, a wszyscy jedno i to samo mówili: „wyżsi oficerowie uciekali samochodami albo w najgorszych wypadkach rekwirowali furmanki po wsiach”.

Z opowiadań wynikało, że żołnierz bił się ofiarnie, ale zawiodły wyższe kadry oficerskie. Nie dziwiłem się, większość bowiem oficerów wyższych rang, rozwydrzonych i rozbawionych w okresie dwudziestolecia, nie mogła automatycznie dostosować się do ciężkich warunków wojennych.

Nie dziwiłem się też, kiedy nadeszła wiadomość, że prezydent RP I. Mościcki i cały rząd polski uciekł, zostawiając w Warszawie jedynie prezydenta miasta Stefana Starzyńskiego jako pełnomocnika władzy.

Z Grodziska Mazowieckiego uciekły władze powiatowe już w trzecim dniu wojny. W tym bezkrólewiu działały jedynie urzędy gminne i posterunki policyjne. Urzędowały raczej na niby, o dziwo bowiem i bez władz nie zwiększyły się przestępstwa, nie słyszało się o jakichkolwiek kradzieżach ani łamaniu porządku publicznego. Normalnie też funkcjonowały nasze szpitaliki, tylko było coraz głodniej. W przeciągu dwóch tygodni wojny kończyły się i moje zapasy żywnościowe. Wyżywienie około 20 pacjentów stawało się coraz trudniejsze, co dotkliwie odczuwali chorzy. Wkrótce też trzeba było przerzucić "cywilów" do ambulatoryjnego leczenia. Zatrzymałem jedynie kilku żołnierzy wymagających dalszej opieki chirurgicznej.

Tylko w ambulatorium nie zmniejszyła się liczba pacjentów. Przychodziło wielu pacjentów starych, jak też niemało nowych. Najuporczywiej goiły się rany zadane odłamkami bomb. Nie były zbyt bolesne, lecz powodowały ogólne osłabienie, a w kilku przypadkach nawet nagłe zgony.

Szczególnie utkwił mi w pamięci przypadek kobiety ranionej w podudzie. Kopałam w polu kartofle – mówiła – gdy niespodziewanie spadła z samolotu bomba. Jedną kobietę zabiła, a mnie coś zapiekło w nodze; nie czekając przyszłam wprost z pola, bo w pierwszych dniach wojny jedna z sąsiadek raniona jakimś odłamkiem po kilku dniach zmarła. Bez trudności usunąłem odłamek wielkości pestki śliwki. Dziwnie jednak cuchnął, dosłownie śmierdział kwasem siarczanym.

Przez trzy dni przychodziła na opatrunki, które robiłem osobiście. Rana goiła się normalnie, ale czwartego czy piątego dnia zawiadomiono mnie, że owa kobieta wybierając się na opatrunek nagle zasłabła i po godzinie umarła. Jakieś substancje trujące dodawali Niemcy do materiału z którego produkowano bomby?

Około dwudziestego września cztery pary koni przyciągnęły na szosę w Milanówku dużą, około dziesięciometrową, a może nawet dłuższą armatę. Koło niej kręciło się kilku żołnierzy niemieckich. Chciałem ją zmierzyć krokami, lecz zrobiłem zaledwie pięć czy sześć, gdy jeden z żołnierzy wrzasnął: halt! Udałem zdziwionego i po wytłumaczeniu, że idę do chorego, puścił mnie wolno. Zdążyłem jednak zauważyć, że do wylotu armaty można by z  łatwością wsadzić głowę człowieka.

„Gruba Berta” z wojny w latach 1914-1918  – pomyślałem. W tym przekonaniu utwierdzili mnie również ludzie znający się na wojennym sprzęcie. Może nie „Gruba Berta” – mówili – ale takie ciężkie armaty używa się do rozbijania twierdz.

Choć Warszawa nie była twierdzą, ale broniła się niczym twierdza. O bohaterskiej obronie miasta głosiły  nie tylko radiostacje polskie, lecz i zagraniczne, szczególnie angielskie BBC (British Broadcasting Corporation).

Po paru godzinach postoju konie pociągnęły armatę dalej, do Brwinowa, a może jeszcze bliżej frontu.

Tego dnia i w dni następne wzmogło się bombardowanie stolicy. W dzień spadało coraz więcej bomb burzących i zapalających, a nocą łuna na całej szerokości Warszawy wskazywała, że na miasto spadają nie tylko bomby z góry, lecz i pociski ciężkiej artylerii.

Obraz bezpośrednio widziany dopełniały przemówienia, słyszane przez radio. Wygłaszał je prezydent S. Starzyński z przekonaniem, że przyjdą na pomoc sojusznicze armie Anglii i Francji.

Pomoc jednak nie nadeszła. Nie przyleciały oczekiwane od początku wojny samoloty ani angielskie, ani francuskie. W krajach tych było spokojnie i cicho.

Pod razami bomb ucichły też nasze nadawcze stacje radiowe. Od tego czasu słuchałem jedynie radia z Londynu, lecz niczego pocieszającego nie usłyszałem.

W tej tragicznej sytuacji bohaterscy obrońcy Warszawy musieli ulec przemocy, musieli skapitulować. W dniu 27 września stopniowo zmniejszyła się łuna, a 28 września ustało bombardowanie.

Nie utworzono też zapowiadanego nowego frontu obrony za Wisłą, dokąd skierowano wielotysięczne masy młodzieży chętnej do walki w obronie ojczyzny.

W połowie października powrócił z tułaczki mój starszy syn, a w pierwszych dniach listopada młodszy, Walter. (...)

(Alfred Fiderkiewicz "O wojnie i ludziach PPR", Iskry, Warszawa 1969 r.)
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne