"Akcja Lonek" - Adam Bułat
| 2010-05-14 20:24:44 | drukuj

Adam Bułat
ps. „Poraj”

„Tu mówi Londyn!”,
kryptonim „Akcja Lonek”

Podjeżdżam na rowerze do kościoła św. Jadwigi w Milanówku,  szerokim uśmiechem wita mnie Lonek (Leonard Borowiak) „Niktowicz”. Zatrzymuję się, wchodzę z rowerem na chodnik, opieram się o ramę roweru i podaję rękę Lonkowi.
     – Cześć, co się dzieje?
     – Dziać – to się nic nie dzieje, ale jesteś mi potrzebny – mówi spokojnie Lonek.
     – Co, może jakaś robota? – zapytuję.
Lonek  poważnie i cichym głosem mówi:
     – Słyszałeś o naszych zamiarach, tzn. moich i Janusza1?
Zastanawiam się przez chwilę i mówię:
     – Chyba nie. Nie wiem, o co chodzi.
     – Zaraz się dowiesz. Otóż chcemy uruchomić drukowanie popołudniówki, którą proponujemy zatytułować „Tu mówi Londyn”2.


Adam Bułat ps. "Poraj"  z rowerem oraz Leonard Borowiak ps. "Lonek" omawiają sposób pozyskania maszyn do drukowania gazety
"Tu mówi Londyn!"
Archiwalne zdjęcie z 1944 r. wykonane przy kościele św. Jadwigi;
W głębi widać plebanię, do której wkrótce trafiła urna
z Sercem F. Chopina



Zainteresowany kiwam głową i z podziwem mówię:

     – Cho–cho coś podobnego... Nic nie wiem, ale węszę ciekawą sprawę. Jak macie zamiar ten zrealizować w takim okresie niepokojów związanych z Powstaniem Warszawskim? Przecież Niemcy penetrują wszystko i wszystkich. Siedzimy jak na worku dynamitu. Wszędzie pogotowie, akcje dywersyjne każdej nocy, wysadzane pociągi spadają z torów jak jabłka z drzewa, Gestapo szaleje, a wy do takiej sprawy się bierzecie? – mówię z niepokojem w głosie.
     Lonek charakterystycznym gestem ręki uspokaja mnie i mówi:
     – Cicho, wszystko będzie w porządku. Ty biegaj sobie na akcje i ciągnij broń i ludzi do Warszawy wraz z waszym oddziałem, a w międzyczasie pomożesz kolegom. Dobrze?
Zastanawiam się i mówię:
     – Pomogę.
Lonek, widząc zbliżającą się grupę nieznajomych, natychmiast zmienia temat i mówi:
     – Ale ta Kryśka to fantastyczna dziewoja. Blondyna, wysmukła, cera jak brzoskwinia, a oczy to już ty ocenisz przy pierwszym widzeniu.
Uśmiecham się i spoglądam na przechodniów, którzy z zainteresowaniem zaczynają nas obserwować, przysłuchując się naszej głośnej rozmowie o jakiejś Kryśce. Któryś z nich żartując mówi:
     – Na co czekacie – walcie do Kryśki!
Kwitujemy to uśmiechem i ruszamy w kierunku „Polskiego Dworku”3. Przez pewien czas Lonek milczy i coś w myśli kalkuluje aż wreszcie mówi:
     – Adam, tak szybko to ty ode mnie się nie wywiniesz. Bez żadnych przerw angażuję ciebie do załatwienia tej sprawy. Idziemy do Janusza.
     – Wiesz gdzie mieszka? – pyta po drodze?
     – Na Podgórnej – odpowiadam.
     – A więc mamy do przejścia około 300 metrów – kontynuuje Lonek. Rower postawisz przy domu, a my skoczymy na górę.
Po kilkunastu minutach jesteśmy już na miejscu i wchodzimy na górę. Pukamy do drzwi. Niestety nikt się nie zjawia. Lonek idzie na wyższe piętro mówiąc:
     – Zapytam się sąsiadów.
Wraca rozkładając ręce i mówi:
     – Klapa, nikogo nie ma, gdzieś podobno pojechali.
Przez chwilę zastanawia się i mówi:
     – Zmienimy adres, idziemy do innego junaka, do „Kani”.
     — A kto to taki? – pytam z wyraźnym zdziwieniem w głosie, bo pseudonim „Kania” nic mi nie mówi.
     – Nie znasz Tadzia Matejaka? – odpowiada z uśmiechem.
     – Znam, ale nie wiedziałem, że ma taki pseudonim.
Idziemy, ja ciągnę rower dalej. Po 10 minutach jesteśmy u Tadzia. Na miejscu Lonek mówi:
     – Chociaż wszystkich znasz, zostaw mi inicjatywę.
     – No fajnie. Ty rządzisz – odpowiadam i klepię go przyjaźnie po ramieniu.
Pierwszy wchodzi Lonek owacyjnie witany przez wszystkich. Ja wchodzę jako drugi. Spotykamy tam Janusza, który zaplątał się w rodzinie Matejaków. Są tam rodzice, Janek i Basia no i oczywiście Tadek, który coś uzgadnia z Krysią przyszłą żoną Janka. Atmosfera jest niespotykana. Każdy na głos lub pod nosem nuci popularną wówczas piosenkę „Serce w plecaku” Porwani nastrojem zaczynamy śpiewać wraz z Lonkiem. Wydaje nam się, że wszystko wypada, jak na koncercie. Wszyscy są wzruszeni. Temat rozmów to oczywiście Powstanie. Nastrój bojowy i podniecający. Wszyscy są zadowoleni i pełni nadziei. W każdą rozmowę wciska się na siłę mocno akcentowany refren piosenki. Tę piosenkę tę jedyną, śpiewam dla ciebie dziewczyno... Kiedy już jesteśmy upojeni piosenką o sercu w plecaku, ktoś zaczyna piosenkę „Hej, chłopcy, bagnet na broń” ze słowami Krystyny Krahelskiej. Cały dom dudni głosami młodzieży, która w dalszym ciągu rozpoczyna śpiewać „Szturmówkę”, zaczynającą się słowami: Ej, po drodze dmie wichura... itd. Rodzice uspokajają nas i proszą o chwilę ciszy, bowiem teraz wystąpi najmłodszy żołnierz AK – Basia.

Basia z iście dziecięcą tremą podchodzi do nas i mówi: chcę przeczytać wiersz nieznanego autora o Warszawie pt. „Słuchajcie Wy!”3 i zaczyna czytać:

      Słuchajcie Wy! nasi Wodzowie
      Wszak wyście dzielni, wy bez lęku
      My Was prosimy, my żołnierze,
      My chcemy zginąć z bronią w ręku
      Umarły dla nas ideały!
      Nie dla nas będzie śpiew wolności
      Lecz my nie chcemy tak jak szczury
      Bez buntu patrzeć w twarz wściekłości.
      My chcemy walczyć, bić, mordować
      My chcemy pomsty za Warszawę
      Nie starcza nam już cierpliwości
      I myśli nasze zbyt są krwawe.
      Za mordy, gwałty w Oświęcimiu
      Za ciche tłumy rozstrzelanych
      My chcemy walczyć, umrzeć w walce
      Nie chcemy patrzeć na kajdany.
      Nie chcemy stanąć gdzieś pod murem,
      Nie chcemy widzieć zbirów z bronią,
      Nie chcemy czekać salwy w piersi
      Nie chcemy padać z pustą dłonią.
      My Was prosimy! Wy Wodzowie
      Umiemy umrzeć już bez jęku
      Nie chcemy czekać, chcemy zemsty
      My chcemy zginąć z bronią w ręku!

Kiedy Basia kończy czytanie wiersza, wszyscy rozradowani i wzruszeni zaczynają bić brawa. Rodzice są usatysfakcjonowani, dziewczyny płaczą, a my wsłuchujemy się już w pierwsze słowa Lonka, który nawołując nas do spokoju wymienia osoby, z którymi teraz chce uzgodnić pewne sprawy. W gronie zainteresowanych znajduje się ojciec Tadzia oraz Janusz i ja. Przechodzimy do drugiego pokoju i po zajęciu miejsc przy stole, Lonek zaczyna wyjaśniać sprawę, z którą przybył. Omawia wspólne zamiary swoje i Janusza związane z rozpoczęciem druku popołudniówki „Tu mówi Londyn!”. Wyjaśnia wstępne potrzeby i warunki oraz plany na najbliższą przyszłość. Do prac przygotowawczych polegających na rozpoznaniu miejsca, w którym można zdobyć urządzenia poligraficzne do drukowania gazetki, proponuje ojca Tadeusza, bowiem z rozmowy wynika, że ma on kontakty z ludźmi zajmującymi się podobnymi sprawami. Chodzi po prostu o wskazanie miejsca, lokalu czy zakładu, w którym można byłoby  zaopatrzyć się np. w powielacz oraz inne akcesoria i materiały. Zaopatrzenie oczywiście odbywałoby się w oparciu o zasady i metody obowiązujące w okresie wojny i okupacji. Do zrealizowania tych zamiarów Lonek proponuje nawiązanie kontaktu z oddziałem dywersji „Mielizna”, który poprowadzi całą akcję, z tym że również do realizacji zadania zostaną wciągnięci członkowie drużyny junaków pod dowództwem Lonka. Całą organizację zamierzenia bierze na siebie Lonek, który zobowiązuje się do dostarczenia niezbędnych materiałów i informacji, które zapewnią powodzenie akcji. O terminie, miejscu i sposobie zdobycia materiałów zobowiązuje się powiadomić wszystkich zainteresowanych w późniejszym czasie. Na łącznika poszczególnych grup Lonek wyznacza Tadzia ps. „Kania”.

Lonek rozpoczyna swoją działalność, związaną z realizacją akcji, dosłownie natychmiast po odbytej odprawie. Zagadnienie dyskutuje szczegółowo z ojcem Tadzia i razem udają się do naszych władz konspiracyjnych.

Dwudniowe rozpoznanie i dyskusje – z uwagi na bezpieczeństwo obywateli Milanówka – doprowadzają do nieco odmiennego niż poprzednio sposobu myślenia. Wyklucza się wszelką akcję bojową, traktując jedynie drużynę junaków jako osłonę, a żołnierzy dywersji jako „pokojowych” wykonawców akcji. Zespół przygotowujący akcję – po przeanalizowaniu wielu wariantów bojowego załatwienia sprawy, co wydawało się najprostsze – rezygnuje z ataku na obiekty znajdujące się w Brwinowie i Grodzisku, a postanawia załatwić sprawę pokojowo na miejscu, tzn. w Ośrodku „Mielizna”. Celem napadu ma być urząd gminy Milanówek. Sztuka polega na tym, ażeby się nie zdekonspirować, nie wywołać zbędnej awantury kończącej się strzelaniną i ofiarami.

Lonek i jego doradcy orientują się doskonale, że na terenie Milanówka mieszka wielu Niemców. Stosunki Polaków z niemiecką ludnością cywilną jeszcze sprzed wojny często układały się zupełnie poprawnie. W związku z tym postanawia się zdobyć od Niemców informacje na temat ich rodaków pracujących w gminie. Należy zaznaczyć, że sierpień 1944 r. był okresem ogólnej demoralizacji i zwątpienia, jeśli chodziło o ludność i władze niemieckie. Szczęście chciało, że jeden z wysokich urzędników niemieckich, pracujących w gminie, w tym okresie świętował dzień swoich urodzin. Na tę uroczystość miało zjechać trochę władz zwierzchnich z Błonia, Grodziska i Sochaczewa, m.in. z Grodziska Kraishauptman (NN) oraz Landkomisarz Merkle, a także z Żyrardowa Franz Jetzke i kilku innych bliżej nie rozpoznanych. Liczono się również z tym, że będzie tzw. obstawa.

Postanowiono wyjść z założenia, że „najciemniej jest pod latarnią”. Miała zatryumfować fantazja i błyskotliwość ze strony naszej. Po uzgodnieniach z organizatorami imprezy, którzy przewidywali „pijaństwo”, nasi konspiratorzy znając mentalność niemieckich urzędników, liczących zawsze na łapówki i prezenty, umiejętnie wnieśli do projektu uroczystości urodzinowych wizytę w Stacji Jedwabniczej. Z dyr. Witaczkiem omówiono konieczność wręczenia bogatych prezentów w celu przypieczętowania akcji z naszej strony. Wspomniana uroczystość miała się odbyć  w lokalu gminy Milanówek, oczywiście suto zakrapiana alkoholem i z mnóstwem zakąsek, do czego celowo wnieśli również wkład nasi organizatorzy na czele z Lonkiem.

Od rana budynek gminy rozbrzmiewał muzyką rozrywkową, a obsługa była doskonała. Nie zapomniano również o obstawie, której wyjątkowo hojnie dostarczano alkohol i zakąski. Wszyscy byli we wspaniałych humorach, panował radosny nastrój. Nikt jednak nie przypuszczał ani przez moment, że była to farsa zorganizowana przez naszych konspiratorów. Po drugiej stronie ulicy vis–a–vis gminy za murowanym płotem, czekali uzbrojeni po zęby junacy, dowodzeni zdalnie przez Lonka. Wydelegowani żołnierze dywersji – „Poraj” i „Dziunek” za kulisami kompletowali sprzęt drukarski, korzystając z euforii panującej w całej gminie. Z wyniesieniem sprzętu jednak musiano czekać do zmroku. I w tym wypadku Lonek i koledzy, jak i realizatorzy zadania, mieli szczęście. Biesiada przeciągnęła się aż do zmroku, kiedy to „naczalstwo” niemieckie z obstawą udało się do Stacji Jedwabniczej po barwne i piękne prezenty przeznaczone dla żon i kochanek niemieckich.

Kiedy przyjmowano ich w Stacji Jedwabniczej (jako organ kontrolny i nadzorujący) wódka dla pozostałych w  gminie ludzi z obstawy polała się szerszym strumieniem. Korzystając z tego i panujących ciemności, nasza grupa szybko przetransportowała urządzenia drukarskie na drugą stronę ulicy i przez murowany płot podała junakom. Polscy urzędnicy gminy otrzymali odpowiednie zaświadczenie od władz AK, że urządzenia drukarskie zostały zarekwirowane  na potrzeby Armii Krajowej walczącej w Warszawie. Ponieważ jeden z obstawy niemieckiej po wytrzeźwieniu zaczął domyślać się o co chodzi w czasie akcji, wystrzelono mu nad uchem serię ze Stena. Uciszył się, a na telefon od Stacji  zaniepokojonej delegacji niemieckiej odpowiedział, że w ten sposób Niemcy fetują urodziny swojego ziomka. Dalsze lampki wódki  uśpiły czujność strażników porządku, po czym imprezę zakończono.

Jak się okazało, delegacja niemiecka, bojąc się reakcji swoich zwierzchników, zatuszowała wszystko. Zapanowała cisza. Gmina mogła wywiesić zaświadczenie o zaborze mienia niemieckiego, czego prawdopodobnie nie zrobiła drżąc o własną skórę.

Redakcja popołudniówki „Tu mówi Londyn!” otrzymała potrzebny sprzęt drukarski.

Lonek w aureoli zwycięzcy znowu tryumfował. Junacy jeszcze raz zrozumieli, że mają wspaniałego dowódcę. Koledzy z dywersji pojechali na akcje bojowe w Kampinosie i w Warszawie – zadowoleni z udzielonej pomocy.
 

Z pamiętnika A.B.
______________________________________________
1
Janusz Bień ps. "Stadnicki"
2 Tytuł wziął się z tego, iż podstawowe informacje zamieszczone w tej gazetce pochodziły z nasłuchu audycji BBC z Londynu
3 Wiersz pochodzi z 1944 r., autor NN.




Adam Bułat w okresie okupacji
[Adam Bułat mieszka obecnie w Piastowie, ale doskonale pamięta wydarzenia z 1944 roku i barwnie je opisał w oparciu o swój pamiętnik. Wydawana w Milanówku gazetka „Tu mówi Londyn!” odegrała wielką rolę w okresie po Powstaniu Warszawskim w przekazywaniu informacji i zachęcała do walki z okupantem. Pamięć o redaktorach i bezimiennych kolporterach tej gazetki, którzy z narażeniem życia rozwozili ją rowerami, przekazywali z rąk do rąk w czasie jazdy kolejną EKD, powinna być pielęgnowana i przekazywana następnym pokoleniom.]
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne