26 kilometrów od Warszawy (1)
Stanisław Markowski | 2010-05-14 20:18:32 | drukuj
Stanisław Markowski
 
26 kilometrów od Warszawy.

Zapiski z sierpnia i września 1944 roku
Powstanie Warszawskie 1944 roku. Czas wielkich nadziei i wielkich rozczarowań. Mieszkałem wtedy w Milanówku i należałem do 52 plutonu Armii Krajowej. Oczekując chwili, kiedy  dostaniemy rozkaz rozpoczęcia działań, patrzyliśmy tygodniami na łunę i dymy unoszące się nad Warszawą. Wiedzieliśmy wtedy tylko to, że płonie i walczy. Teraz wiemy o niej niemal wszystko. Zbyt mało natomiast wiemy, co działo się w najbliższej okolicy Warszawy. Niech przypomni o tym odnalezione ostatnio moje notatki z sierpnia i września 1944 roku.

*

31 lipca 1944 r. Milanówek. Przybyła z Warszawy dość liczna grupa żołnierzy AK, by nas wspierać z chwilą wybuchu powstania. Naszym zadaniem jest osłanianie stolicy od południowego zachodu przed ewentualną odsieczą niemiecką. W naszym domu zamieszkało trzech Warszawiaków. Jeden nazywał się Janiszewski z Żoliborza, drugi Walasek. Zamieszkali w pokojach, z których przed kilkunastoma godzinami wyjechali oficerowie niemieccy. W popłochu opuścili Milanówek ewakuowani z Warszawy Volksdeutsche. Linia kolejowa do Katowic zapchana jest od horyzontu do horyzontu pociągami ewakuacyjnymi. Fabryka jedwabnicza w Milanówku wstrzymała produkcję. Do Milanówka wróciły osoby złapane do kopania okopów na wschód od Warszawy. Pod Zielonką rozpędziły ich wczoraj czołgi sowieckie.

1 sierpnia. Dostajemy rozkaz — stawić się wieczorem w Olszynce. Oczekując na chwilę wymarszu w lokalu przy ul. Wspólnej nasz oddział dywersyjny przeżył groźną przygodę. Granat „sidolówka” zaczął nieoczekiwanie dymić. Został wyrzucony przez okno na sekundę przed detonacją. Większość granatów konspiracyjnej produkcji w całym okręgu i Warszawie ma zapalniki oparte o piorunian rtęci, wytworzony w laboratorium fabryki jedwabniczej przez inżyniera Krasnodębskiego i Jana Kościuka „Zająca”.

Ludzie, którzy przyjechali o 18-tej kolejką EKD mówią, że w Warszawie wybuchły walki. Rozkaz o koncentracji zostaje odwołany — dostaję natomiast dwie ulotki. Jedną czerwoną, datowaną „Sierpień 1944 r., Grodzisk Mazowiecki” informującą, że AK rozpoczęła wyzwalanie powiatu Błońskiego od okupanta i drugą, kremową, nakazującą przyjmowanie banknotów 500-złotowych. Z jakichś, tajemniczych względów, sklepikarze i producenci nie chcą ich przyjmować. Utrudnia to życie, zwłaszcza, że AK Obwodu Błonie „Bażant” składają się głównie z pięćsetek. Nasz skarbnik, p. Matejak, naradza się w tej sprawie z moim ojcem. Zapytany, jak widzi dalszy rozwój sytuacji, odpowiada: „Skoro Powstanie wybuchło, nie do pomyślenia jest, by się mogło nie udać.” Zaczyna padać deszcz, martwimy się, że może to utrudnić lądowanie polskiej Brygady Spadochronowej, która powinna przybyć na pomoc Powstaniu,

Do Warszawy pojechał „na Powstanie” kolega szkolny, Henryk Skrzypek. (Poległ 19 sierpnia na ul. Sienkiewicza.)


2 sierpnia. Wyciągamy z ukrycia odbiornik radiowy, najnowszy model Philipsa z 1939 roku. Słuchamy, po raz pierwszy jawnie, wspólnie z oficerami, audycji z Londynu. O sytuacji w Warszawie nie podają nic konkretnego. Odczytują rozkaz gen. Bora: „Wydałem dziś upragniony przez was rozkaz do jawnej walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim. Po 5-ciu blisko latach niesprawnej i twardej walki prowadzonej w podziemiach, stajecie żołnierze Stolicy dziś otwarcie z bronią w ręku, by Ojczyźnie przywrócić wolność i wymierzyć zbrodniarzom niemieckim przykładną karę za terror i zbrodnie dokonane na ziemiach Polski.”

3 sierpnia. W nocy pomaszerowaliśmy po odbiór zrzutu w okolicach Musuł za Grodziskiem Mazowieckim. Było nas ze 40-tu żołnierzy z 32 i 52 plutonu, różnie uzbrojonych. Najbardziej kłopotliwe było dźwiganie RKM-u, waży prawie 10 kilogramów. Traktowany jest jako coś w rodzaju „Czarnego Piotrusia” — trzeba go jak najszybciej podrzucić drugiemu. Samolot nie przyleciał. W drodze powrotnej urządziliśmy zasadzkę na drodze wiodącej z Grodziska do Siestrzeni, może nadjedzie jakiś niemiecki samochód. Nie nadjechał. Byliśmy tak pewni siebie, że już w świetle dziennym przemaszerowaliśmy przez Milanówek.

4 sierpnia. Znów poszliśmy po odbiór zrzutu. Porucznik „Raczyński” został przekonany, iż tak jest bezpiecznie, że „nie warto” brać karabinu maszynowego. W nocy krążyły chwilę nad polem dwa samoloty, nic nie zrzuciły i skierowały się w stronę Warszawy. Gdy czekaliśmy, postrzelił się przez nieostrożne obchodzenie się z pistoletem maszynowym kpr. „Zając”. Życie uratował mu pośladek, osłabiający bieg pocisku, który niegroźnie utkwił w pobliżu kręgosłupa. Kulę wyjął mu dr Spychalski.

Nad ranem zaskoczyła nas żandarmeria z Grodziska. Wywiązała się dość chaotyczna strzelanina, po której - nie ścigani -  wycofaliśmy się bez strat do Milanówka. Gdybyśmy mieli RKM, którego Niemcy nie posiadali - stwierdził porucznik - to zamiast uciekać, rozbilibyśmy żandarmerię. Pochwalił następnie Cześka Reuta za „dzielną postawę”.

Tej samej nocy oddział specjalny 32 plutonu rozkręcił szyny kolejowe między Brwinowem a Milanówkiem.

7 sierpnia. Od dwóch dni znowu jada niemieckie transporty wojskowe w stronę stolicy. Przybyli z Warszawy oficerowie  powrócili nad ranem zadowoleni, gdyż w okolicy Jaktorowa wysadzili tory kolejowe. Radość trwała krótko, po paru godzinach ruch został przywrócony.

8 sierpnia. Spotykam znajomego z Brwinowa,. Jest rozgoryczony [powrotem do domu. Jego oddział skoncentrowano w nocy 2 sierpnia w Lasach Młochowskich. Siedzieli tam bezczynnie trzy dni z niewystarczającą ilością broni, bez jedzenia, przemoczeni deszczem. Inny oddział próbował opanować Pruszków. Bez powodzenia. 5 sierpnia została odwołana - z wyjątkiem Kampinosu i Chojnowa — koncentracja oddziałów w Podokręgu Zachodnim AK. Mamy się teraz ograniczyć do działań dywersyjnych.

9 sierpnia. Nieudana próba wysadzenia mostu kolejowego na rzece Suchej koło Żyrardowa. W czasie potyczki straciliśmy jednego poległego.

10 sierpnia. Wczesnym rankiem,. na skutek zdrady, Niemcy zniszczyli największy w całym obwodzie magazyn broni, mieszczący się w piwnicach niewykończonego domu na peryferiach Milanówka. Jest to wielka strata. Zaskoczonych we śnie w pobliskiej stróżówce pięciu żołnierzy AK zostało zastrzelonych. Znajdujący się w magazynie zrzutowy plastik, zamiast do wysadzenia niemieckich pociągów, został zużyty do zniszczenia domu, a stróżówka podpalona. Byłem tam po odjeździe oprawców. W dopalających się zgliszczach leżały zwęglone zwłoki z czaszkami podziurawionymi kulami. Przyjechał też nasz fotograf, Rysiek Witkowski. Zrobił zdjęcia. Staje się niebezpiecznie, nasze radio wraca do skrzyni i zostaje zakopane w piwnicy.

11 sierpnia. Sytuacja jest niewyraźna, więc wyjeżdżam na kilka dni do wujostwa w Leśnej Podkowie. Jadąc EKD musimy nieoczekiwanie wysiąść w Turczynku i kontynuować podróż piechotą. Tor jest zablokowany wagonem, z którego wyładowują do pobliskiego szpitala zranionych w czasie warszawskich walk Niemców. Są to głównie ofiary ze sprowadzonego ostatnio poznańskiego batalionu policji. Patrzymy na siebie z nienawiścią. Gdyby wzrok mógł zabijać, to ani oni, ani pasażerowie EKD nie powinni przeżyć tych kilku chwil.

Na stacji w Podkowie Leśnej Zachodniej koczuje kilka kobiet wypędzonych z Woli. Cały ich dobytek to letnie sukienki i sandały na bosych stopach. Są ciągle w szoku i pod wpływem grozy przeżytych dni. Jedna przeklina głośno inicjatorów Powstania: dlaczego dali sygnał do walki nie mając dość broni?

Mieszkańcy Podkowy przeżyli rano oryginalną przygodę - na dachy i balkony niektórych domów spadły spadochrony wraz z zasobnikami. Był to tzw. „dziki zrzut”. Jakiś lotnik aliancki, albo zmylił trasę, albo nie chciał ryzykować lotu nad Warszawą i spuścił swój ładunek nad lasem, sądząc, że i tak dotrze do polskich rąk. Rzeczywiście, wszyscy nieoczekiwanie obdarowani lojalnie oddawali zrzut poszukującym go żołnierzom plutonu „Alaska” (to kryptonim Leśnej Podkowy).

U wujostwa zatrzymała się wyrzucona z Ochoty nauczycielka p. Henryka Szydłowska z córką Marylką. Przeszły gehennę Zieleniaka. Starsza córka, Ela, walczy w Powstaniu, gdzieś w Śródmieściu (jak się później okazało zginie na ul. Chmielnej).

Wieczorem słucham wraz z wujem odgłosów wojny. Te, z północnego wschodu, wiadomo, że z Warszawy. Intrygujące są te odległe, dochodzące z południa. Może tędy podąża z odsieczą Armia Czerwona? (Były to odgłosy walk na przyczółku Magnuszowskim.)

14 sierpnia. W Milanówku nie ma dalszych aresztowań, wracam więc do domu, Dowiaduję się, że 12 sierpnia nasz Kedyw wysadził tory pod pociągiem wiozącym amunicję. Przerwa w ruchu trwała cały dzień. Zamieszkała u nas Ilona Zasońska. Brała udział w Powstaniu. Jej oddział został rozbity w czasie natarcia na Okęcie. Zakopała powstańczą opaskę w ziemi i tułając się kilka dni trafiła do Milanówka. Wieczorem idziemy na pobliskie wzgórze „popatrzeć na Warszawę”. Gdyby nie świadomość tragedii, jaka się tam dzieje, widok byłby piękny. Czerwono-czarne niebo, na którym krzyżują się smugi świetlnej amunicji i rakiet. Ilona płacze. Gdzieś w mieście są jej towarzysze broni, na Saskiej Kępie zostawiła matkę i siostrę, a ojciec - oficer w niewoli.

15 sierpnia. Od kilku dni co pół godziny rozlega się potężny huk. a dom trzęsie się w posadach. To dwa wielkie działa kolejowe, kalibru 240 mm, ostrzeliwują Warszawę. Na noc działa są ściągane do Grodziska lub Jaktorowa. Podchorąży „Dwernicki” proponuje zniszczenie dział. Komendant obwodu mjr „Siwy”, akceptuje rozpoczęcie przygotowań, lecz ostatecznie wszystko „rozchodzi się po kościach”. Szkoda, byłaby to oczywista pomoc dla Warszawy. Pomoc poszła natomiast od nas do Kampinosu. Z ocalałych magazynów przesłano broń do Puszczy. Przewieziono ją w zbiorniku na gnojówkę, a eskortujący chłopcy z dywersji udawali ogrodników.

Do Milanówka wrócił Henio Koczyk. Był zabijany trzy razy. Wraz z ojcem i pozostałymi mieszkańcami domu przy ulicy Słupeckiej na Ochocie został postawiony pod murami kamienicy. Tam nastąpiła egzekucja. Wraz z innymi padł na chodnik. Ranni byli dobijani. Do niego oficer strzelił dwa razy z pistoletu. Za każdym razem chybił. Heniek przeleżał tam do nocy, zdjął buty i wymarłą ulicą Szczęśliwicką dotarł do Opacza. Od tej miejscowości zaczyna się „normalne” okupacyjne życie. Przenocował u przypadkowych ludzi, a rano, na bosaka, wrócił kolejką EKD do domu.

16 sierpnia. Rozbrajamy żołnierza Wehrmachtu i po odebraniu mu karabinu puszczamy wolno. Wieczorem łapiemy jednego z Własowców, kwaterujących ostatnio w dworze milanowskim.1 Po tym, co wyrabiali w Warszawie nie ma prawa ujść z życiem. „Tereba” na ochotnika strzela do niego. Drań jeszcze po śmierci sprawia nam kłopot: nie chce się zmieścić do wykopanego dla niego zbyt małego dołu.

17 sierpnia. Część ochotników z naszych 32 i 52 plutonów (około 20 osób, w tym kpr. Adam Bułat „Poraj”) po koncentracji w Żukowie dołączyła do oddziałów walczących w Puszczy Kampinoskiej i brała aktywny udział w ich działalności.

Spotykam kolegę z  Liceum  Chemicznego w Warszawie, Witolda Stankiewicza. Nosi prawą rękę na temblaku. Jego oddział walczył na Ochocie bez większych sukcesów. On został ranny w rękę. Wyszli więc z miasta, opanowali wagony EKD i dojechali nimi pod Pruszków. Pod Pęcicami wpadli w zasadzkę. On wyciągnął zawleczkę granatu zębami. Ci, którzy przebili się, ukryli w Lasach Młochowskich broń i dotarli do Milanówka. Choć w szkole znany był z „koloryzowania”, to teraz mówi skromnie i oszczędnie. To, że mówi prawdę, potwierdza zegarek na ręce. Kto przechodził przez posterunki Własowsko-Niemieckie tracił bezpowrotnie zegarki i kosztowności.
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne