Wspomnienia z Powstania Warszawskiego (4) - Hanna Mickiewicz
Hanna Mickiewicz | 2010-05-14 20:16:29 | drukuj
Milanowianie a Powstanie Warszawskie
Hanna Mickiewicz

Wspomnienia z Powstania (4)

Któregoś ranka jak co dzień, wybrałam się na obchód placówek, na jednym podwórzu zawalonym gruzami zburzonego domu, przy silnym ostrzale artyleryjskim, spotkałam kapelana. Poprosiłam o rozgrzeszenie. Klęczałam przy kupie gruzu, modliliśmy się oboje w tej scenerii Dantejskiego Piekła, ksiądz udzielił mi absolutorium „in articulo mortis”. Na spowiedź nie było czasu, ani możliwości skupienia się.

Tych chwil, tego uniesienia nie zapomnę nigdy! Do śmierci!

Pada Żoliborz, garstka walczących uchodzi do Kampinosu. Padł Mokotów, jego obrońcy kanałami przedzierali się do Śródmieścia. Wielu z nich zmyliło drogę i wpadło w ręce Niemców. Zostali w bestialski sposób zamordowani. Garstka z nich wydostała się nocą z miasta i uszła w lasy.

Teraz cała furia zbydlęciałych Teutonów spadła na Śródmieście. Już tylko ono walczyło resztką amunicji i sił. Głodni, wycieńczeni, walczyli siłą woli, bo sił fizycznych ubywało z dnia na dzień. Szerzyła się czerwonka i dur brzuszny, leków nie było. Jedliśmy palone na węgiel patyki, resztki drzewek rosnących na ulicach i podwórkach.

Ale najpotworniejszym przeżyciem tej bezprzykładnie bohaterskiej wojny była kapitulacja! To był cios prosto w serce! Nie można było tego przyjąć! Tak się złożyło, że nasz batalion nie oddał przez całe Powstanie żadnej pozycji. Tkwiliśmy na miejscu od początku działań aż do kapitulacji, tym była ona potworniejsza! Musieliśmy opuścić nigdy nie oddane pozycje, o które krwawiliśmy się przez dziewięć tygodni! Jedni rozpaczali, inni klęli, jeszcze inni upili się i chcieli strzelać do „podłych poddających się tchórzy”, jak to zrobił podch. „Kujawiak” wpadłszy z pistoletem na kwaterę i trzeba było biedaka podstępem rozbrajać.

Z rozpaczą w sercu poszłam na nasza „melinę”. My z „dwójki” dostaliśmy rozkaz powrotu do konspiracji. Nikt z naszych ludzi nie ma prawa iść do niewoli. Musimy naszą służbę pełnić dalej! I znowu schodzimy do podziemia! Mój Batalion do niewoli!!! Lista żołnierzy idących do niewoli liczyła 65 osób beze mnie, ja muszę zostać.

Odprowadziłam swój Batalion, patrzyłam jak czwórkami do niewoli szli, obrońcy Emilii Plater. Szli w nieznane. Na twardy los tułaczy! Oni tak bardzo, za bardzo drogą cenę wolni przez te krwawe dziewięć tygodni – żołnierze.

My z mężem i naszymi kolegami z wywiadu wyszliśmy z Warszawy jako delegacja Czerwonego Krzyża, z funkcją założenia Oddziału Czerwonego Krzyża Warszawskiego w Milanówku. Reszta naszych kolegów z C-4, „Telesfor” z ludnością cywilną, idziemy do Milanówka pieszo. We Włochach udaje nam się dostać od kapitana niemieckiego przepustkę nocną. A było to tak – wchodzimy na posterunek niemiecki we czworo, za stołem siedzi kapitan, my wszyscy mamy prawe ręce w kieszeniach. Kolega „Witek” – Witold Sudra mówiący świetnie po niemiecku tłumaczy, że jesteśmy z Polskiego Czerwonego Krzyża, podając papiery, szwab przerzuca je, ciągle patrząc na nasze prawe ręce, a my stoimy za „Witkiem” z twardymi minami, zaś Niemiec jest sam. Po chwili namysłu wydaje przepustki i nie wzywa żołnierzy, udało się, a w kieszeniach mieliśmy wysunięte dwa palce na sztorc, drugi i trzeci! O drugiej w nocy dostajemy się do Podkowy Leśnej do rodziny ”Witka”. Jest nas ośmioro. Zjadamy wszystko co mają w domu. Panie patrząc na nas płaczą i wynoszą wszystko co da się zjeść. Śpimy pokotem na werandzie oszklonej. Znowu konsternacja gospodarzy, że nie ma łóżek, poduszek i kołder z powleczeniem – wybuchamy śmiechem – „O czym panie mówią?!” Rano wsiadamy w kursującą wahadłowo kolejkę EKD i jedziemy do Milanówka.

Skończył się wspaniały tragiczny, bohaterski, z niczym nie porównywalny „Sen o szpadzie”. Jedni umarli wierząc w wolność, inni poszli do niewoli na tułaczkę, na wygnanie, a my – maleńka garstka „kamyczków z tego szańca” w dalsze mroki niewoli i walki z ukrycia, tym trudniejszej, że zasmakowaliśmy krwawej, ale wolności!

Milanówek. — Wysiadamy i dowiadujemy się po drodze, że Rodzice żyją. W domu ewakuacja. Zastajemy wyrzuconych z naszego piętra, znajomych bliższych i dalszych, zdrowych i rannych, jak Jadwiga Krawczyńska i syn Myszki Stpiczyńskiej, przez Niemców z SS Herman Goering, którzy zajmują dom dla siebie. Ojcu pozwalają zabrać Rodzinę do pracowni na dole, ponieważ ma osobne wejście. Udaje się Ojcu zabrać panie Hanię i Monikę Żeromskie, mówiąc, że to jego siostra i siostrzenica. Matka moja jest ciężko chora, ma bardzo silną żółtaczkę funkcjonalną. Nie płakała mając nas tam jak mówiła w tym krwawym piekle, ale wątroba nie wytrzymywała. Monika wycieńczona i ciężko chora na odrę. Obie panie Żeromskie Powstanie zaskoczyło na „Starówce”, gdzie mieszkały; przeszły do Śródmieścia, prawdopodobnie w kanałach Monika nabawiła się odry, którą przechodziła bardzo ciężko. Ściągamy z  góry co się da porwać do spania, bo Szwaby nie dają i jakoś urządzamy się na dole. Rodzice, Teściowie, panie Żeromskie, ciocia Aniela Oyrzanowska, ciocia Mania Mickiewicz, wujek Leopold Morozowicz, Krysia i Wanda Swirtunówny, Michasia i Kasia Traczyk, Adam i ja. Jest nas 15 osób.

Pracujemy w PCK. Adam jest zastępcą prezesa Lewandowskiego na etacie, ja prowadzę aptekę honorowo, zarabiam handlem jak dawniej. Poza tym jest to punkt wypłat zapomóg dla Akowców i ludności Warszawy, naturalnie w ramach „AK-tajny”. Dalej jesteśmy w  konspiracji. Mimo domu z „wachą”, a może tak było bezpieczniej, bo Wehrmacht nie puszczał na nasz teren gestapo, stale przychodzą i odchodzą ludzie z „podziemia”, nocują lub nie, przynoszą lub odbierają meldunki. Wszystko przy „opiece” Szwabów trzymających służbę przy wejściu na posesję. Którejś nocy wróciłam z akcji, koło drugiej w nocy, zezwolenie na poruszanie się po mieście obowiązywało do szóstej po południu, był grudzień. Przemknęłam jak cień odczekując zajścia wartownika za dom, naturalnie uprzednio brnąc przez ogród i skacząc przez płot. Przedsionek pracowni był zamykany tylko na klamkę. Na klucz dopiero wejście do pracowni. W przedsionku byłam już bezpieczna. Miałam klucz, weszłam cicho. Wszyscy spali, na stole ćmiła przygaszona karbidówka, stał kubek „herbaty” z obierek jabłek i marchwi przypiekanych na blasze i dwa kawałki chleba czarnego bez omasty. Zostawiona dla mnie kolacja. Usiałam bardzo zmęczona, szłam długo polami i wyczerpana nerwowo, po trudnym zadaniu i nagle zza okna „Frau – Licht!” Dziewczynki spały pod oknem w dolnej części makiety sarkofagu Marszałka Józefa Piłsudskiego. Pewnie któraś zawadziła ręką czarną zasłonę i zrobiła się szpara. Zasłoniłam – ogarnęła mnie niebywała wściekłość i żałość bezsilności i zaczął mi się układać wiersz, który zapisałam, na znalezionym kawałku papieru:

        Do świętego Antoniego

        Noce takie są dręczące i wspomnienia spać nie dają,
        A przez okno do mej izby szkopskie mordy zaglądają.
        Święty Antoni, święty Antoni, zostawiłam serce w Warszawie,
        W naszej skrwawionej, drogiej Stolicy walczącej ku świętej sprawie,
        W tej Warszawie w tej Jedynej, wśród krwi, bólu, w huk zaklętych,
        Ale Ty się na tym nie znasz, bo to sprawy nie dla świętych.
        Święty Antoni, święty Antoni, zostawiłam serce w Powstaniu,
        Dodaj mi siły, dodaj mi mocy w dalszej tej walki wytrwaniu,
        Zabierz mi strach, odbierz mi lęk, gdy tak idę sama w mrok przeklęty,

Ale ty się na tym nie znasz, bo to sprawy nie dla świętych.
 Boże Narodzenie, Wigilia w „grobie rodzinnym”, jak nazwaliśmy nasze lokum w pracowni. Pań Żeromskich już nie ma, wyjechały do Jędrzejowa do państwa Przypkowskich. Jest nas do stołu 13 osób. Zapraszamy Halinę Orłowską-Spirydowiczową, „Rysia” i dra Ludwika Barcza. Menu wytworne: zupa grzybowa z łazankami, wianuszek prwadziwków wymieniłam na targu za parę wełnianych rękawiczek. Następnie kapusta z ogrodu, własna, z grzybami i własne kartofle pieczone w piekarniku pokropione olejem i posypane kminkiem a na deser ciasto z konfiturami zawijanymi w środku, no i do tego nalewka na czarnej porzeczce, też własnej, na bimbrze, wytrawna. Na owe czasy głodu – uczta Lukullusa. Śpiewamy kolędy aż się cały dom trzęsie, niech wiedzą, że jesteśmy u siebie. Nagle! „Boże coś Polskę” zaintonował ktoś! Stoimy na baczność, po twarzach ciekną łzy. Nikt się ich nie wstydzi. Następnie „Rota” i „Jeszcze Polska nie zginęła” i znowu kolędy. Dziś żyją z tych biesiadników i mieszkańców tylko Monika, Halina, Krysia, Kasia i ja.

 17 stycznia 1945 roku przez nasz ogród na przełaj, przez zburzony płot, wloką się obdartusy, okutane w pledy, w czapkach kominiarkach, wlokąc po śniegu karabiny. Cudowny widok! „Naród panów” z odmrożonymi nogami i rękami w poszarpanych szynelach. My stoimy wszyscy i napawamy oczy tym widokiem — mimo silnego mrozu. Pierwszy raz w życiu na widok nędzy i bólu ludzkiego nie doznałam uczucia litości, dziwiłam się sama sobie, nie drgnęło mi nawet na sekundę serce. Aż się przeraziłam. Do czego oni nas doprowadzili! Podobno cała ta kolumna z esesmanami, którzy u nas mieszkali, została zmasakrowana na szosie błońskiej przez samoloty bolszewickie.

       Sprzątnęliśmy dom. Po paru dniach wnieśliśmy się na górę.
       Zaczęliśmy nowy rozdział naszego trudnego życia.
       Skończyłam pisać pierwszą część wspomnień.
        Milanówek, 19 listopada 1987 roku.
       Hanna Szczepkowska-Mickiewiczowa — „Nela”— „Anna”
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne