Maria Morozowicz-Szczepkowska
Maria Morozowicz-Szczepkowska | 2010-05-14 20:07:27 | drukuj
Maria Morozowicz-Szczepkowska
Na stałe w Milanówku

Haneczka rosła swobodnie jak kwiat czy ptak, całe dnie spędzając w pełnym słońca ogrodzie. A że ja miałam ciągoty lite­rackie i pisałam w tym czasie dość dużo, co było połączone z częstymi wyjazdami do Warszawy, rodzice bardzo niepokoili się, że nie ma się dziecka stale „na oku", a do tego tak fatalnie się składało, iż nikt z sąsiadów nie miał dzieci, tym samym Hanka była pozbawiona odpowiedniego swojemu wiekowi towarzystwa. Skusiłam się więc i wzięłam tak zwaną wychowawczynię - Jedną, potem drugą. Ani fachowości, ani znajomości psychologii dziecka, tylko kaprysy i wymagania, zrezygnowałam więc szybko z tej niby fachowej opieki.

Był to okres rozbudzonego już w Europie zainteresowania dzieckiem, jego racjonalnym wychowaniem, okres „stulecia dziecka", kiedy to noworodka rozpowito z bandaży, z powijaków i uznano, że od maleństwa trzeba mu dać swobodę ruchów, wy­stawić krępowane dotąd ciałko na działanie powietrza i słońca. To była rewelacja. Nie stawiać siłą na nogi, nie nosić na rękach, nie bujać, nie kołysać, jak najmniej mu się narzucać, niech sobie samo radzi, wyrabia spostrzegawczość i energię. Maria Montessori, lekarz i pedagog włoski, wprowadziła przedszkola, gdzie dzieci żyjące w zbiorowości, a jednak traktowane indywidualnie, uczyły się współżyć z sobą. Dzisiaj to sprawy powszechne, wtedy były to rewelacyjne zdobycze i odkrycia. Ellen Key, szwedzka pisarka, propagatorka skrajnie indywidualistycznego wychowania, wydała wiele rozpraw i książek poświęconych tym zagadnieniom, z których największy rozgłos zdobyło Stulecie dziecka.  Pochłaniałam wszystko, co mi wpadło w ręce z tej dziedziny, studiowałam uczone rozprawy i debatowałam nad po­ruszanymi w nich problemami, ostatecznie - w myśl zdobyczy światowej pedagogiki - postanowiłam zostawić dziecku swobodę, licząc się z tym, że na tak zwane dobre wychowanie przyjdzie czas później, mała zresztą była inteligentna, bystra i na ogół posłuszna.

Osamotnienie Haneczki dobiegło końca, gdy społeczeństwo milanowskie zdobyło się samorzutnie na własne gimnazjum koedukacyjne, którego kierownictwo objął doskonały pedagog, a za­razem autor podręczników szkolnych, pan Jan Wojnicz-Sianożęcki. Żoną jego była mądra i fachowa nauczycielka języka francuskiego i niemieckiego. Szkoła ta stała się wkrótce wzorem dobrej uczelni. Państwo Sianożęccy wynajęli mieszkanie u nas, w „Ewarystówce". Ku naszej wielkiej radości okazało się, że mają syna starszego od naszej córki o dwa lata, noszącego to samo imię co ojciec. Towarzystwo miała więc Hanka zapewnione, a i ona sama poszła wkrótce do wstępnej klasy gimnazjum. Kiedy ją zaprowadziłam po raz pierwszy i zobaczyłam siedzącą w szkolnej ławce, rozpłakałam się - biedny motyl wprzęgnięty już w jarzmo życia!

Z czasem do Janka Sianożęckiego przyjechał jego kuzyn, była więc już trójka zaprzyjaźnionych dzieci z przewagą elementu męskiego. Miało to może dobry, może zły skutek, dziewczynka bowiem „zmężczyźniała", nabrała manier i cech zbyt wojowniczych, do czego walnie przyczyniła się sama pani Sianożęcka, bo gdy - jak się dowiedziałam po latach - chłopcy pobili kiedyś Haneczkę, a ona pobiegła na skargę do matki Janka, ta jej powiedziała: „Bili cię? bij ich także, ale mocno!" Więc Haneczka nazbierała kamieni, zaczaiła się i z ukrycia (przezornie nie podejmując walki wręcz w sytuacji, kiedy przypadało dwóch na jedną!) zaczęła walić w nich kamieniami. Chłopcom to za­imponowało i odtąd powstała tak zwana sztama, zrównanie. Trójka ta założyła stowarzyszenie szympansów, a potem, jako wyższy stopień wtajemniczenia - gorylów, czyli wspinaczy po drzewach, od czego do dzisiaj córce została chwytliwość palców nóg. Kiedyś spadła z dębu i podobno długi czas nie mogła się podnieść. Mogło się to oczywiście skończyć tragicznie. Ale ja o tym wypadku się nie dowiedziałam.

Zarówno pozostawianie dzieciom całkowitej swobody, jak i chowanie dziewcząt od najmłodszych lat w towarzystwie chłopców ma swoje złe i dobre strony. Wychowanie człowieka nie może być jednak oparte na samych nakazach i zakazach, musi być tu jakiś element ryzyka, trzeba zostawić głos instynktowi samozachowawczemu dziecka, dać ujście nagromadzonym w nim olbrzymim zapasom energii. Dlatego wydają mi się bardzo mądrą rzeczą samorządy dziecięce i młodzieżowe, gdzie sami zainteresowani pełnią funkcję projektodawców i sędziów.

Grono naszych znajomych i przyjaciół w Milanówku powiększało się. W pokoiku na drugim piętrze naszego odbudowanego już domu zamieszkał Adam Dobrodzicki, malarz, legionista, człowiek wysokiej kultury, późniejszy dyrektor Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. Był to dżentelmen w każ­dym calu. W „Ewarystówce" ulokowali się Czyżowscy (on - poeta i dziennikarz, ona - malarka) oraz Sierosławski, słynny Stasinek z krakowskiego „Zielonego Balonika", wraz z żoną. On tłumaczył w zawrotnym tempie Dumasa, a pani Stasinkowa ubierała ze mną laleczki do szopki politycznej, do której tekstu dostarczyli Benio Hertz i, zdaje się, Stasinek, a laleczki zaprojektowali mój mąż i Staś Ostrowski. „Wszystko będzie, wszystko jedzie - masło, kasza, buty, śledzie" - tak pocieszaliśmy głodne, ale spragnione śmiechu społeczeństwo.

Po drugiej stronie toru kolejowego zamieszkali państwo Wasilkowscy, ludzie bardzo kulturalni i gościnni. On był prezesem Towarzystwa Artystycznego w Warszawie, z zawodu rzeźbiarzem, autorem bramy Św. Salomei na Powązkach. W życiu prywatnym ten miły człowiek wyróżniał się maniakalną obawą chorób. Wystarczyło na przykład, że usłyszał o czyjejś chorobie nerek, a nazajutrz z butelką pod pachą wędrował do laboratorium analitycznego. Gdy ktoś skarżył się na ból głowy, pan Wasilkowski wstawał rano z głową obwiązaną chustką.

Zacni Wojtkowie Szukiewiczowie odznaczali się inną pasją - poza pasją podróżniczą, o której już wcześniej wspominałam - nie mogli wprost żyć bez gości! Przez okrągły rok u Wojtków w niedzielę było ludno i gwarno. Zjeżdżała rodzina, przyjaciele, znajomi, od rana do późnej nocy dom ich rozbrzmiewał gwarem, dysputami, wesołością. Dwa pokoiki w drewnianym domku, prymitywnie umeblowane, obwieszone były wszelakiego rodzaju egzotyką: skórki jakichś jeżowców czy kunek, indiańskie szmatki i dywaniczki w jaskrawych kolorach, pudła z egzotycznymi motylami wielkości ptaka i ptaszkami wielkości motyli, jakieś łuki i dzidy, na specjalnym postumencie ulokowana Biblia angielska i angielskie słowniki, które potem mnie się dostały - wszystko to przywiezione z Ameryki Południowej, z Parany, gdzie Wojtkowie przez kilka lat byli farmerami.

Obok Szukiewiczów mieszkali ich kompani z tejże Parany, doktorostwo Nowiccy (oboje lekarze). Ileż to nasłuchaliśmy się o tej Ameryce Południowej i jej leniwych tubylcach, którzy widząc, z jaką energią nowo przybyli krzątali się koło swoich spraw, nie mogli się nadziwić i wprost pytali: „Do czego się tak śpieszycie? Jutro czy za rok, to przecież wszystko jedno." Na widok młodej i szczupłej „pani doktor" wzruszali tylko ramionami: „To jest doktor? Taka chuda? Doktor musi być po­ważny i tłusty!" No, więc pani doktor musiała przytyć, tak że kiedyśmy ją poznali, była już poważnej tuszy. Dorobili się tam znacznie, pobudowali sobie piękną willę. Drzewo - jak opowiadali - nic ich nie kosztowało, tylko ciąć, suszyć i budować. Mahonie, cedry, którymi wykładali ściany i z których robili podłogi oraz meble - wszystko to były dary bujnej, przedziwnej puszczy parańskiej. Doktor był wykładowcą na uniwersytecie w Kurytybie. Zamieszkujący tam Polacy trudnili się przeważnie handlem, rolnictwem i hodowlą trzody chlewnej, zjednując sobie uznanie i szacunek tubylców. Czemu doktorostwo wrócili? Było im tam bardzo dobrze, ale mieli trzech synów, bali się ich wynarodowienia. Wrócili jednak na swoją niedolę (w Powstaniu Warszawskim stracili dwóch synów, trzeciego, najmłodszego, udało im się wysłać z powrotem do Ameryki, za nim pojechała sama pani doktor zdradzająca początki choroby umysłowej, wreszcie doktor Gabryś, już jako człowiek stary i schorowany, prześladowany w czasach „błędów i wypaczeń", po wielu staraniach również udał się w ich ślady). Ale wtedy jeszcze nikt nie prze­czuwał mającej nadejść tragedii. Byli to ludzie bardzo przyjemni. Doktor miał zwyczaj kłaść się po południu na kanapie i... robił swetry na drutach dla całej rodziny, uważając to za szczyt wypoczynku! Pobudowali sobie małą willę w Milanówku, gdzie doktor Gabriel Nowicki przez długie lata cieszył się zasłużonym powodzeniem wśród swoich pacjentów, do których my także zaliczaliśmy się.

W domu naszym bywało ludno i wesoło. Literaci odczytywali swoje utwory, toczyliśmy gorące dyskusje na tematy literackie i pozaliterackie. Grywaliśmy także przed domem w siatkówkę, a komu to nie wystarczało, szedł na kort tenisowy, gdzie od­bywały się sławne mecze z udziałem Skoneckiego. Przy klubie sportowym kwitło życie towarzyskie z udziałem licznej inteligencji milanowskiej.

Milanówek w owym czasie zasłynął z produkcji jedwabiu naturalnego. Założycielami tej placówki byli Witaczkowie, pierwsi importerzy kokonów jedwabniczych z Krymu, zapaleni propagatorzy tej nowej w naszym kraju gałęzi przemysłu; dowiedli oni, że i u nas można hodować jedwabniki i wyrabiać piękne wyroby z własnego surowca.

Poza tym Milanówek posiadał teatr. Ot, zwyczajna drewniana buda na sto pięćdziesiąt osób, w lecie duszna, w zimie z powodu braku ogrzewania zupełnie nie do użytku, ale za to z jakimi tradycjami! Grał w tym teatrze na jakiś cel dobroczynny Rufin Morozowicz w Zrzędności i przekorze Fredry, dawała recitale znakomita pianistka Zofia Rabcewiczowa, śpiewała solistka Opery Warszawskiej Mechówna, występował utalentowany pianista, dzisiejszy dyrektor Szkoły Muzycznej, Lech Miklaszewski. W tymże teatrze odbyła się prapremiera mojej sztuki Nowa kobieta, którą reżyserowałam i w której grałam główną rolę (resztę ról obsadziłam pierwszorzędnymi siłami amatorskimi). Do­chód z tego przedstawienia przeznaczony był na cele Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet, w której to organizacji pełniłam funkcję wiceprzewodniczącej. Tutaj wreszcie, już po drugiej wojnie światowej, Teatr Objazdowy „Problemy" pod moją dyrekcją grał Sprawę Moniki i Powroty. Poza tym na sali tej od­bywały się ważne zebrania społeczne i narady.

Od dawna marzyliśmy z Janem w skrytości ducha, żeby wybudować na naszym terenie teatr, taki niewielki, na trzysta osób, oczywiście funkcjonujący sezonowo, od maja do października, przygotować niedużo, ze cztery premiery, ale jakie! Wy­rwałam się kiedyś z tym projektem przy ojcu - śmiał się tak serdecznie, że aż ocierał łzy płynące z oczu. Powiedział tylko: „Oj, Mantu, Mantu!..." A ja przypomniałam sobie w tej chwili bankructwa dyrektorów prywatnych, w ich liczbie dwóch Morozowiczów, Ruftna i Henryka. A jeszcze i tego Tadeusza Morozowicza z Ameryki Południowej, co w tęsknocie za teatrem wy­stawiał Śluby panieńskie z obsadą murzyńską, wreszcie, nie dając za wygraną, założył szkołę tańca i sztuki dramatycznej. Nieuleczalni! Westchnęłam więc tylko głęboko i poszliśmy do siebie na górę. Wtedy Jan zasiadał przy rysownicy i zabierał się do rysowania projektów sceny, hallu, garderoby, widowni - wszystko miało być w jesionie, na niebieskim tle.

Na otwarcie tego teatru wybrałam moją świeżo napisaną sztukę Pryzmat, nierealistyczną, ukazującą wnętrze duszy artysty, jego odmienne widzenie świata i jego przegraną. Czytałam tę sztukę w „Reducie" i nawet jeden młody muzyk podjął się skomponować do niej (wymagała tego akcja) muzykę. Nie pamiętam już dziś jego nazwiska, zachowała się jednak w moich zbiorach jedna gotowa pieśń, przeznaczona do tej sztuki.
Marzyliśmy, aby „kupić" sobie Leona Schillera, kilku dobrych aktorów, zamknąć się z nimi na czas zimowych miesięcy w naszym obszernym domu i wspólnymi siłami stworzyć teatr z prawdziwego zdarzenia. Jedyny raz w życiu żałowaliśmy, że nie jesteśmy milionerami. A ludzie tak głupio i brzydko potrafią trwonić pieniądze!

Życie społeczne Milanówka układało się bardzo interesująco. Powstały organizacje społeczne o wyraźnym obliczu politycznym. Największą liczbą członkiń mógł się poszczycić związek pań z Demokracji Narodowej. Dużą aktywność przejawiał Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, do którego i ja należałam, założony przez panią Zofię Moraczewską, żonę posła socjalistycznego. Naszą prezeską lokalną była pani Maria Nowicka. Związek miał na celu skupienie kobiet wszystkich stanów, chciał nauczyć je bezinteresownej pracy dla społeczeństwa, wyrobić w swych członkiniach poczucie wspólnoty, kształtować ich postawę obywatelską. Wynajęłyśmy mieszkanko, uczyłyśmy tam dziewczęta szycia, haftów, odbywałyśmy małe pogawędki, powiększałyśmy zasoby pieniężne urządzając imprezy artystyczne na nasze cele.

Nasza prezeska, pani Nowicka, była niesłychanie interesującą osobą, a dom tych obojga ludzi zapisał się trwale w historii walk o niepodległość Polski. Pan Nowicki, socjalista (pseudonim Facecik), wykorzystując to, że jako unita zmuszony był do przyjęcia prawosławia, objął w latach 1905-1908 posadę funkcjonariusza granicznego między Królestwem Kongresowym a Galicją, na linii Warszawa - Kraków. Miał tam szerokie pole do działania... Opowiadała mi pani Maria (pseudonim Cicha), że kanapa stojąca u nich w sypialni to była po prostu sterta równo ułożonej „bibuły", pokryta dywanami. Ludzi i podejrzane papiery Facecik szwarcował dniem i nocą. Jowialny, okrąglutki, wesoły, popijał z żandarmami, aresztując od czasu do czasu jakichś Bogu ducha winnych osobników dla wykazania swojej gorliwości. Kiedyś jednak nakryli ich carscy żandarmi. Zostali zesłani w głąb Rosji, gdzie przesiedzieli ładnych parę lat, a po powrocie stamtąd osiedlili się w Milanówku, wciąż jeszcze aktywni społecznie, ofiarni jak dawniej. Pobudowali sobie drewniany domek, który stał się ośrodkiem skupiającym naszą organizację. To właśnie w tym domku, który stał się tematem, mojej sztuki Cichy domek, w czasie ostatniej okupacji niemieckiej było jedno z siedlisk konspiracji, przechowalnia ludzi rannych, Żydów, komunistów, tu znoszono komunikaty radiowe, nielegalne pisemka - słowem, komplet wszelakiego buntu i nie­szczęścia mieścił się w domku tych ofiarnych (on już wówczas nie żył) ludzi. Tu aresztowano Halinę Krahelską, którą wywieźli Niemcy jednym autem z profesorem Marcelim Handeismanem, także ukrywającym się w Milanówku. Tu wreszcie pani Maria umarła na wylew krwi do mózgu. Cześć jej pięknej pamięci!

W wyniku moich serdecznych związków z morzem założyłam na terenie Milanówka oddział Ligi Morskiej i Rzecznej, której inicjatorem, gorącym propagatorem i zarazem prezesem był poznany przeze mnie nad morzem Adam Uziembło. I co za sukces! Drukowana odezwa mojego autorstwa pozyskała dla tej organizacji wśród mieszkańców Milanówka aż stu członków! Pracowaliśmy zespołowo, a wyróżniał się w tej pracy obywatel i właściciel sklepu pan Rupniewski, pełniący funkcję skarbnika. Naszym członkom oprócz gorącego entuzjazmu dla spraw morskich mieliśmy do zaofiarowania nowy miesięcznik - „Morze".

Organizacja życia zespołowego w Milanówku czyniła dalsze postępy. Założyliśmy własną elektrownię (prezesem jej został pan Jan Swolkień), powstało prywatne kino, szkoła muzyczna Dzierżanowskiego, wreszcie kolejka EKD (to już była inwestycja państwowa), zaprojektowany był też kanał wodny, mający łączyć Błonie z Warszawą via Milanówek, co jednak pozostało w sferze projektów.

Milanówek coraz bardziej się rozwijał i stawał ładnym, kulturalnym osiedlem, skupiającym sfery inteligenckie i twórcze. Do grona pierwszych osiadłych tu obywateli należeli Wincenty Kosiakiewicz wraz z żoną, zdolną sekretarką „Nowej Gazety", potem historyk profesor Władysław Smoleński, śpiewak Stanisław Gruszczyński, Wieniawski, państwo Marcusowie, Brunowie i wielu innych obywateli Warszawy.

(„Z lotu ptaka wspomnienia”, PIW, W-wa 1968 r.)
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne