Milanówek - rok 1914
Andrzej Pettyn | 2010-05-14 20:03:05 | drukuj
Materiały zebrał i opracował Andrzej Pettyn

Dziennik Komitetu Obywatelskiego - rok 1914

Pierwsza wojna światowa przyniosła miejscowościom zachodniego Mazowsza wielkie straty. Wojska rosyjskie i niemieckie bezpardonowo rekwirowały żywność, Rosjanie - licząc się z tym, że stracą bezpowrotnie swoją pozycję na Mazowszu - wywozili w głąb Rosji maszyny i surowce. Z Milanówka praktycznie nie można było nic wywieźć, ponieważ w owym czasie nie zdążyły tu jeszcze powstać żadne zakłady przemysłowe. W celu powstrzymania ataków wojsk niemieckich, Rosjanie zmuszali jednak mieszkańców Milanówka do udziału w budowaniu umocnień obronnych, w tym okopów. Tak powstały okopy, po których pozostał ślad w postaci ulicy Okopy Górne. Ślad po Okopach Dolnych już nie przetrwał. Na niewiele to się zdało, ponieważ umocnienia były bardzo słabe i oddziały niemieckie bez trudu pokonały Rosjan w październiku 1914 r. docierając na przedpola Warszawy.
Według Andrzeja Góralskiego wojska niemieckie weszły do Milanówka 11 października 1914 r. w wyniku ofensywy V armii niemieckiej, którą dowodził marszałek von Hindenburg. Zniszczeniu uległy obiekty kolejowe na przestrzeni wielu kilometrów między Skierniewicami a Grodziskiem Maz. Kontrofensywa nie przyniosła Rosjanom znaczących sukcesów. Front walk zaklinował się. Nadszedł wówczas bardzo trudny okres dla ludności cywilnej na tym obszarze, również na terenie Milanówka, ponieważ nastąpiło całkowite rozprzężenie, demoralizacja. Z relacji zamieszczanych w 1914 r. w prasie warszawskiej, m.in. w tygodniku "Świat", wynika, że w zachodniej części Mazowsza pojawiły się bandy rabunkowe, które grabiły ludność cywilną, a zwłaszcza napadały na dwory. Trzeba było natychmiast przeciwstawić się rozprzężeniu i zapanować nad powstałą sytuacją. W tym celu w Milanówku powołano do życia Komitet Obywatelski, który przejął władzę w swoje ręce.

Kiedy po upływie blisko 100 lat czyta się te zapiski (raporty) notowane na gorąco z dnia na dzień przez naocznych świadków wydarzeń Piotra Krasnodębskiego i Wincentego Kosiakiewicza, mieszkańców naszego miasta ogarniają różne myśli. W sytuacji trudnej, kiedy w 1914 r.  przez Milanówek „przetaczał się” front, kiedy nasza miejscowość przechodziła z rąk niemieckich w ręce rosyjskie i odwrotnie, kiedy w okolicy grasowały bandy rabusiów, polujących zwłaszcza na domki letniskowe (a tych właśnie nie brakowało w Milanówku!) - nasi protoplaści wykazali się wielką rozwagą, roztropnością i dużymi talentami organizatorskimi. Po prostu nie czekając na inne rozwiązania, „wzięli władzę w swoje ręce” na terenie Milanówka i dzięki temu w pełni zapanowali nad trudną sytuacją. Zorganizowali Milicję Obywatelską (takiej nazwy użyto), która zadbała o porządek i bezpieczeństwo. Roztoczyli pieczę nad rannymi - bez względu na to czy to byli Rosjanie, czy Niemcy. Umieszczano ich w szpitalu polowym, ulokowanym w Teatrze Letnim, sprawnie rozprowadzano żywność, dobrze współpracowano z właścicielami willi i domów letniskowych, a także z powoli tworzącą się parafią, którą reprezentował ks. Jan  Trompeteler.

Ostatecznie w tej walce wojska rosyjskie ustąpiły i nastąpiła trzyletnia okupacja niemiecka. Milanówek w tym czasie wiele ucierpiał, ale dzięki solidarnej współpracy mieszkańców doczekano się odzyskania niepodległości. Sytuację w jakiej znalazł się Milanówek, w owych pamiętnych dniach października 1914 r., opisał mieszkający wtedy w Milanówku literat Wincenty Kosiakiewicz. Ostatnio udało mi się dotrzeć do dziennika Piotra Krasnodębskiego, który ma jednak oficjalny charakter, ponieważ każdy raport z posiedzenia Komitetu Obywatelskiego (pisany był ręcznie, jak potwierdził to wnuk, przez Piotra Krasnodębskiego) jest podpisany przez pięciu jego członków, w tym również przez Wincentego Kosiakiewicza. Warto więc porównać zapiski obu świadków ówczesnych wydarzeń, ponieważ częściowo się uzupełniają i dają nam wyobrażenie o tym co się działo wówczas w Milanówku. W zapiskach pozostawiłem oryginalną pisownię i stosowane wtedy skróty.

*



Piotr Krasnodębski
Milanówek 11.10.1914 - 25.11.1914 r.
[KRASNODĘBSKI  Piotr (1876-1928)
Utalentowany artysta malarz, grafik, długoletni członek warszawskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych  "Zachęta" i związku artystów "Pro Arte". Ukończył Krakowską Akademię Sztuk Pięknych (1902) pod kierunkiem prof. Juliana Fałata i prof. Leona Wyczółkowskiego z wyróżnieniem (nagroda-medal za "konkursowe studia"). W Milanówku wybudował przy ul. Literackiej willę „Mironówka” jako dom letni w latach 1909-1913. Po I wojnie światowej sprowadził się do Milanówka na stałe i brał czynny udział w miejscowym życiu społecznym zwłaszcza w pierwszym okresie rozwoju miejscowości. Był przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego w Milanówku w 1914 r. oraz radnym gminy w latach 1919-1927, działał w Komitetach Obrony Państwa (1920) i Towarzystwa Gimnazjum (1919-1923). Szeregowiec ochotnik Piotr Krasnodębski w uznaniu "za pracę ochotniczą, pełnioną w zrozumieniu obowiązku służby ku chwale Ojczyzny"   otrzymał - datowany 11 października 1920 r. - osobisty list od gen. Hallera. W okresie międzywojennym podarował gminie Letnisko Milanówek skwer przy skrzyżowaniu ul. Piasta Kołodzieja i Dworskiej, obecnie Piasta i Kościuszki (na którym znajduje się Pomnik Bohaterów), za symboliczną złotówkę. Podarował również miejscowej parafii namalowany przez siebie obraz patronki - św. Jadwigi. W jednym z pośmiertnych nekrologów prasowych napisano o zmarłym: "Był to człowiek nie tylko niepowszedniego talentu, jako pejzażysta, ale prawością swą i zaletami ducha jednający sobie, jak dawniej kolegów, tak później w całym życiu serca wszystkich, co go znali." Warto wiedzieć, że poza swą działalnością artystyczną i pracą społeczną na terenie Milanówka zmarły zajmował stanowisko plenipotenta ds. sztuki barona Waleriana Kronenberga, od którego nabył parcelę w Milanówku - (przyp. A. Pettyn).]


*

"W niedzielę d. 11 października 1914 r. po bitwie w pobliżu Milanówka w godzinach popołudniowych przywieziono pociągiem od strony Grodziska 46 rannych rosyjskich żołnierzy, którymi zaopiekowali się mieszkańcy Milanówka pod kierunkiem p. Antoniego Żwana, umieściwszy ich na razie w budynku teatralnym, przy czym  pierwszej pomocy udzielił Dr Dębicki.
Wieczorem tegoż dnia na skutek zarządzenia przybyłego z furmankami wojskowego sanitariusza i pod jego opieką wywieziono do Błonia 30 rannych, pozostawiwszy w Milanówku 16 wraz z jednym wojskowym sanitariuszem.
We wspomnianym pociągu wiezione były zapasy żywności, większą część których po oddaleniu się konwoju wojskowego rozebrała miejscowa uboga ludność (jak utrzymują  na skutek zezwolenia komendanta pociągu),  pozostałe zapasy umieszczono przy tymczasowym lazarecie - jako żywność dla rannych, przy czym pozostałość tę stanowiło: 385 funt. słoniny; 75 funt. świec; 23 pudy cukru; 38 pud. 10 funt. kaszy jęczmiennej grubej; 50 funt. takiejże kaszy grubszej; 30 pud. mąki pszennej; 74 i 1/2 funt. (brutto) - herbaty; soli oraz dużą ilość razowego chleba.
[W podpisie figurują nazwiska: Artur Hoser, Juliusz Rothe, Antoni Żwan, Piotr Krasnodębski i Wincenty Kosiakiewicz]

W poniedziałek d. 12 października r.b. na zebraniu przedstawicieli miejscowych organizacji społecznych, a mianowicie: Tow. Straży Ogniowej, Tow. Letniczego Milanowskiego, Tow. opieki na rodzinami rezerwistów, Tow. Spółdzielczego „Społem”, Komitetu Budowy Kościoła w Milanówku - utworzony został Komitet Obywatelski  z przewodniczącym w osobie p. Piotra Krasnodębskiego oraz kierownikami komisji: administracyjnej - p.p. Markus i Hagmajer; finansowej - p. Artur Hoser, żywnościowej - p. Juljusz Rothe, dobroczynnościowej - p. Winc.[enty] Kosiakiewicz, sanitarnej - p. Antoni Żwan, lekarzem lazaretu - Dr Dębicki. Nadto do Komitetu zaproszeni zostali ks. Trompeteler i p. Janiont (?)
Tegoż dnia, t.j. w poniedziałek przeniesiono rannych do willi „Bożenka” jako do murowanego ogrzewanego budynku, dokąd przewieziono i wspomniane zapasy żywności.
[W podpisie figurują te same nazwiska.]

Wtorek d. 13 października r. b.
Postanowiono odbywać codzienne posiedzenia Komitetu, prowadząc dziennik uchwał i zarządzeń Komitetu. Postanowiono zwrócić się do okolicznych mieszkańców z żądaniem zwrotu zabranych na przechowanie narzędzi chirurgicznych, podobno porzuconych przez lazaret wojskowy.
[W podpisie znajdują się te same nazwiska.]

Środa d. 14 października r.b.
Z powodu zaszłych rabunków i pogróżek postanowiono utworzyć milicję obywatelską, w tym celu zwołano zebranie mieszkańców Milanówka tegoż dnia t.j. we środę 14/X w sali teatru o godz. 4 po poł.
Wobec dających się już zauważyć objawów nędzy wśród niezamożnych mieszkańców Milanówka, a także spodziewanych trudności   zaprowiantowania nawet i zamożniejszych - Komitet postanowił zająć się uregulowaniem sprawy żywnościowej.
Komitet postanowił grzebać zabitych żołnierzy walczących wojsko poległych na terytorium Milanówka, Czubina i Grudowa  - przy czym poległych na polu bitwy - grzebać tamże, zmarłych zaś w lazarecie  na skutek ran - grzebać na najbliższym cmentarzu.
[W podpisie - te same nazwiska Komitetu Obywatelskiego.]

Czwartek d. 15 października r.b.
Przyjęto do wiadomości, że na skutek uchwały Komitetu z dnia wczorajszego, mieszkańcy Milanówka na zebraniu odbytym wczoraj tj. we środę d. 14/X - w sali teatru - postanowili utworzyć milicję obywatelską, powołując na jej komendanta p. Antoniego Żwana i powierzając mu dalszą organizację milicji.
Wobec powołania p. Żwana na komendanta milicji - na kierownika komisji sanitarnej wybrano p. P(R)inga. Przyjęto do wiadomości pogrzebanie żołnierzy umieszczonych w lazarecie i zmarłych na skutek otrzymanych ran. Zmarłych pogrzebano na cmentarzu w Żukowie.
[W podpisie - te same nazwiska Komitetu Obywatelskiego.]

Piątek d. 16 października r.b.
Wobec dużego napływu zbiegów ze wsi sąsiednich objętych działaniami wojennymi oraz przerwy wszelkiej komunikacji - postanowiono część zapasów dla lazaretu sprzedawać potrzebującym za pośrednictwem sklepiku spółkowego "Społem", wpływy ze sprzedaży obracając na cele związane z działalnością lazaretu. Na razie postanowiono sprzedawać 50 bochenków chleba dziennie po 2 i 1/2 kop. funt. i jednorazowo 85 funt. słoniny po 25 kop. funt.
Zupełnie nie zauważonym zbiegom postanowiono wydawać bezpłatnie chleb i sól przy pośrednictwie komisji dobroczynnościowej, jak również i innym członkom Komitetu, którzy zapotrzebowanie swoje na powyższe artykuły winni zgłaszać do Kierownika Komisji żywnościowej do godz. 9 rano.
[W podpisie­ te same nazwiska Komitetu Obywatelskiego.]

Sobota d. 17 października r. b.
Postanowiono powiększyć ilość sprzedawanego w sklepie "Społem" chleba z 50 sztuk do 100 sztuk dziennie.
Wobec ciągłego i masowego napływu zbiegów z działań wojennych - postanowiono umieszczać ich w pustych lokalach użyczonych przez właścicieli lub dozorującą służbę. Zwrócono się z prośbą do ks. Trompetelera o przemówienie do ludu w kościele z napomnieniem poszanowania cudzego dobytku w ogóle, a tym więcej dobytku pozostawionego bez nadzoru właścicieli.
[Podpisy bez zmian.]

Niedziela dn. 18 października r.b.
Postanowiono, że Komitetu przyjmie błąkające się bez opieki krowy, po ustaleniu przez rzeczoznawców ich wartości.
Wobec zupełnego wyczerpania w handlu zapasów soli, postanowiono ustąpić Stow. „Społem” worek soli z zapasów pozostających w rozporządzeniu Komitetu.
[Podpisy bez zmian.]

Poniedziałek dn. 19 października r.b.
Postanowiono wydzielić z posiadanych zapasów worek mąki na wypiek chleba z rozprzedażą w sklepie „Społem”. Spółce „Społem” przy rozprzedaży zapasów Komitetu postanowiono udzielić 10% komisowego. Postanowiono urządzić „tanią kuchnię”, zorganizowania której podjął się p. Hagmajer otrzymując niektóre z posiadanych na składzie artykuły.
[Podpisy bez zmian.]

Wtorek d. 20 października r.b.
Postanowiono udzielić Dr Dębickiemu a conto wynagrodzenia za prace w lazarecie rb. 25.-
Z zapasów żywności pozostających w rozporządzeniu Komitetu postanowiono 1/3 część przenieść do sklepu „Społem” celem rozprzedaży na pokrycie kosztów utrzymania lazaretu. Przyjęto do wiadomości, że przyjęto do lazaretu 2-ch rannych żołnierzy niemieckich.
[Podpisy bez zmian.]

Środa d. 21 października r.b.
Z powodu wilgoci w obecnym magazynie żywności Komitet postanowił cały zapas herbaty umieścić na składzie w sklepie „Społem”.
Przyjęto do wiadomości, iż Komisya Dobroczynna rozdała 300 funtów chleba przechodzącym żołnierzom wojsk rosyjskich - postanowiono zameldować władzom o istnieniu lazaretu w Milanówku, prosząc o ewakuację rannych, przyczem zawiadomienie doręczone być winno przez jednego z członków Komitetu
[Podpisy bez zmian.]

Czwartek d. 22 października r.b.
Przyjęto do wiadomości, iż w dniu dzisiejszym lazaret odwiedził starszy lekarz 125 Wojskowego Ruchomego Szpitala i polecił 7 rannym żołnierzom rosyjskim i 1 rannemu żoł. niemieckiemu udać się do pociągu stojącego pod Brwinowem w celu przewiezienia ich do Warszawy - co też uczyniono. Służący szpitala Stanisław Chrzanowski zawiadomił, że dziś opuszcza szpital, wobec czego wydano mu odpowiednie zaświadczenie i wyasygnowano tytułem gratyfikacji rb. 3.-
Stwierdzono, że dnia 20 i 21 b.m. rozdano przechodzącym przez Milanówek żołnierzom ros. około 1900 funtów chleba razowego - niezależnie od kilku partyi chleba wydanego za pokwitowaniem różnym zgłaszającym się oddziałom wojsk rosyjskich.
Nadto przypomniano, iż w dniu 13 Października przewieziono dwa razy do Brwinowa różne zapasy żywności dla zgłodniałych żołnierzy rosyjskich trzymanych w niewoli przez Niemców w pociągu w Brwinowie.
Przyjęto do wiadomości, iż przybyło do lazaretu 2ch chorych żołnierzy rosyjskich, z których jeden wkrótce zmarł nagle na paraliż serca.
[Podpisy bez zmian.]

Piątek 23 października r.b.
Przyjęto do wiadomości, iż dzisiaj przewieziono do pociągu sanitarnego w Brwinowie 6ciu rannych żołnierzy i jednego sanitariusza wojskowego - pod opieką p. Marendowskiego, delegata z Warszawy.
Z powodu powrotu władz administracyjnych postanowiono milicję obywatelską rozwiązać - przytem Komitet uchwalił wyrazić p. Antoniemu Żwanowi gorące podziękowanie za energiczną pracę.
Nadto postanowiono wyrazić podziękowanie państwu Ring i pani Chodkiewicz za pracę w lazarecie. Pozostałych 2ch rannych żołnierzy zabrał oddział Czerwonego Krzyża do Warszawy.
[Podpisy bez zmian.]

Niedziela 25 października r.b.
Postanowiono prosić p. Antoniego Żwana o zaopiekowanie się sprawami Komitetu Obywatelskiego oraz przyjęcie mandatu przedstawiciela Komitetu Obywatelskiego Milanowskiego na miejsce p. Janickiego nieobecnego w Milanówku - w celu porozumiewania się z Grodziskim Komitetem Obywatelskim.
Z powodu przerwania czynności w lazarecie postanowiono resztę zapasów przewieźć do sklepu „Społem”.

*

[Na tym „dziennik” Piotra Krasnodębskiego kończy się. Swego rodzaju uzupełnieniem jest „dziennik” Wincentego Kosiakiewicza, który przybliża wydarzenia tamtych dni, opisuje atmosferę panującą wtedy w Milanówku.]




Wincenty Kosiakiewicz
Urywki z Pamiętnika
Wrażenia bezpośrednie

Nasz przyjaciel, p. Wincenty Kosiakiewicz, począł prowadzić pamiętnik faktów i wrażeń od chwili wybuchu wielkiej wojny europejskiej o prawa mniejszych na­rodów. A to w przekonaniu, że liczne tego rodzaju pamiętniki złożą się z czasem na obraz tragicznego momentu dziejowego, nie dającego się pod względem roz­miarów równać z żadnym innym. jakie zna historia.
W dniu 11 października Mila­nówek, siedziba naszego kolegi, znalazł się nagle w niemieckich szponach. I dopiero po dniach dziewięciu od nieproszonej a bynajmniej nie czułej opieki niemieckiego  barbarzyńcy  się  uwolnił. Zarezerwowaliśmy sobie  prawo skorzystania z całego pamiętnika Kosiakiewicza. gdy czas po temu przyjdzie. Obecnie dajemy tu kil­ka wyjątków z owego „niemieckiego tygodnia”. Wybieraliśmy je dla powodów, które czytelnik odgadnie, głównie z zakłóconego niezwykle  wewnętrznego   życia pięknego letniska podmiejskiego.
Niedziela, 11 października.
...Więc i my mamy Niemców.
Przez cały dzień niedzielny nikt ich wprawdzie nie widział je­szcze w Milanówku, ale przechodnie zapewniają nas, że są w sąsiednim Grodzisku. Nie potrzebujemy świa­dectw osobnych na to, że są i w są­siednim z drugiej strony Brwinowie. Zaświadcza o tym pociąg, sto­jący na moście niedalekim, podziu­rawiony kulami, "a który już ujść nic zdołał do Warszawy.
Stoi na szynach z potłuczonymi szybami, samotny, opuszczony, mil­czący, zbyt bezużyteczny obecnie, by mógł stanowić lup,-ot, raczej triu wojenny.
Mamy zresztą i bezpośrednie świadectwo zajęcia Brwinowa prze/ Niemców. Nad wieczorem dowlókł się żołnierz rosyjski, jeden z tych, którzy dzielnie ochraniali kolej, ran­ny w rękę kula saską. Powiedzieli mu, że w Milanówku jest lazaret Czerwonego Krzyża.

*

Istotnie jest

Zaraz po południu przywiezio­no nam w opancerzonym pociągu pot setki rannych Rosjan. Pociąg nie po­szedł dalej, widząc los tego, który ugrzązł na brwinowskim moście.
Zajęliśmy się zaraz rannymi.
I trudno mi powstrzymać pióro od pochwały moich sąsiadów i są­siadek, którzy z jakimś gorącym, żywiołowym popędem serca rzuci­li się do ratunku.
- Ranni... Ranni... Mamy ran­nych - poszło po Milanówku.
Mężczyźni poczęli ich przeno­sić, panie szykowały łóżka, pościel, bieliznę.
Nic byliśmy przygotowani na lazaret. Nasze panie wprawdzie od paru miesięcy szyły rozmaitą bieli­znę dla rannych i przygotowywały szarpie, bandaże. Ale to wszystko dla jakiegoś komitetu warszawskie­go czy grodziskiego. Nagotowano tego wiele. I, - o gniewie. - wła­śnie wczoraj, właśnie w sobotę wy­słano z Milanówka.
Mogę jednak skonstatować, że niema nic mocniejszego i bardziej twórczego od dobrej woli.
Wszystko jest ona w stanie przezwyciężyć, - nawet tak potę­żną rzecz, jak chaos.
A właśnie myśmy mieli tę wro­gą moc do przezwyciężenia. Przy­jąć, rozmieścić, ulokować, spokój i ulgę zapewnić pięćdziesięciu ranio­nym ludziom, spadłym nam najniespodziewaniej w momencie, kiedyś­my deser obiadowy kończyli, a do filiżanki czarnej, dymiącej .aroma­tem kawy przykładali usta, było to zadanie co najmniej bardzo a bar­dzo niepowszednie.
Poraliśmy się z nim przez dwadzieścia cztery godziny. Trochę po omacku, ale po bohatersku.
Pierwszą ideą było ich prze­nieść do budynku stacyjnego z opancerzonego pociągu.
Ktoś tę idee rzucił. Zaraz ją wykonano. Ale też zaraz po wyko­naniu spostrzeżono, iż ranni nasi nic na tej przemianie nic zyskają. Sala Przystanku milanowskiego zbyt jest ciasną, przy tym oszczędny zarząd kolei nic powprawiał wybitych we drzwiach szyb. Zostawić rannych. złożonych na kupie i oddanych złości wiatrów październikowej nocy!? Nie sposób!
- Do teatru ich przewieść!
Wszystkim ta myśl wydala się dobrą, a przynajmniej lepszą od pierwszej. Mamy w Milanówku sporą drewnianą budę, wystawioną dla widowisk przez zrzeszenie „Przyjaciół letniska”. Nigdy prawie w niej widowisk nie bywało. Instalacja ich wymagałaby sum wielkich, które by się nie oprocentowały wobec tego. że Warszawa ze swoimi teatrami i kabaretami jest pod bokiem, i wo­bec tego jeszcze, że ci, co do Mila­nówka się chronią, ciszy są łakomi, a nie widowisk. „Przyjaciele Mila­nówka" w naiwności swej rachowali na ten teatr, jako na źródło docho­dów, mniemali, że pokryje on choć ów deficyt, który rok rocznie daje oświetlenie ulic lampami żarowymi. Wchodzono więc w układy z różny­mi przedsiębiorcami   teatralnymi. Pierwszy dał kilka widowisk w let­nim sezonie, ale nie zapłacił grosza dzierżawy, drugi również nie zapła­cił szeląga dzierżawy, ale za to nie dal ani jednego widowiska. Poczę­to więc szukać „kogoś poważniej­szego". Znalazł się taki. Podjął się dać szereg przedstawień w lipcu i sierpniu, serio, na poziomie artyz­mu. Ale zażąda! od nas tysiąca ru­bli subwencji.
O, nieudany teatrze milanowski! Przydałeś się przecie na coś. I to na coś istotnie pięknego, istotnie godne­go, - na schronisko dla mężnych.
Nim wieczór nadszedł, cala sce­na i widownia założone były łóżka­mi. Każde z nich miało prześciera­dło, kołdrę, poduszkę. Każdy ran­ny otrzymał świeżą koszulę, nieraz z cienkiego, wykwintnego płótna. Zbywało nawet łóżek, całkowicie po­ścielonych. Nasze żony i siostry, na-poczekaniu zamienione na sanitariuszki. a nawet posługaczki, mu­siały miarkować i poskramiać ofiar­ność letniska:
- Narazić nic nam nie potrze­ba więcej!...
Znalazł się lekarz pod ręką: dr Dębicki. Aptekarz miejscowy, p. Kolitowski, wydawać począł wszystkie potrzebne środki apteczne, nie py­tając: Kto za nie zapłaci? Ks. Trompeteler wyspowiadał dwóch ran­nych katolików; jednego z nich, młodego chłopca z guberni mińskiej, z piersią na wylot przestrzeloną, na śmierć chrześciańską dysponował. Ten ocalał jednak. Być może, urato­wały go modły pań naszych," które wieńcem klęczących otoczyły jego łoże.
Umieliśmy nawet ogrzać budę teatru naftowymi piecykami.
Trzech ciężko rannych nie prze­trzymało jednak tej nocy.
Wszystkich innych ocaliliśmy. Nawet takich między nimi, którym szrapnel kiszki poszarpał. Niemała w tym zasługa p. Józefa Ringa, któ­ry z calem poświęceniem pełnił obo­wiązki prezesa sanitarnego wydzia­łu naszego Komitetu Obywatelskiego.

*

Nasi ranni raz jeszcze zmienili miejsce. Niestety, nasze nieprzygotowanie sprawiło im niemało bólu, z takimi potrójnymi przenosinami nieodłącznego. Usiłowaliśmy im -to wynagrodzić pieczołowitością i sta­raniami. A mniemam, że ranni ni­gdzie indziej nie spotkali serdeczniej-szych i czulszych.
W domu, ofiarowanym przez p. Zajdę, było im naprawdę dobrze. Ciepło, zacisznie i przytulnie. Nie brakowało im nigdy tytoniu. Dzięki powolności pani Chodkiewiczowej, zarządzającej gospodarstwem, ka­żdy z nich miał na obiad indywidual­ne pożywienie: Co kto lubi. Z tym, który miał kiszki poszarpane, trze­ba było staczać jednak walki: chciał koniecznie kapuśniaku. Musiał się przecież zadawalać rosołem z kury.
Kiedy przyszedł moment ewakuacji, powiedział nam wojskowy lekarz:
Wy ich rozbalowali uż!...
Nie wątpimy, że dobre wspo­mnienie uniosą z Milanówka nad Wołgę i nad Irtysz.
Słyszałem, jak szeptali między sobą:
- Isz ty, paliaki kakawy... Nikogda nie dumał jei Bohu...

Wtorek, 13 października.
Zaczął się ryk armat... I nie ustaje, aż do późnej nocy. Okna dzwonią, jakby kto w szyby bębnił.
Około południa począł krążyć nad okolicą aeroplan niemiecki, nisko i zuchwale, jak drapieżny ptak, którego nawet, gdy nażarł się, nie opuszcza niepokój...
Środa, 14 października.
W naszym Komitecie Obywa­telskim istnieje Wydział Administra­cyjny.
Do jego zadań należy spełnia­nie   obowiązku chrześcijańskiego: grzebania umarłych.
Mamy trzech zmarłych w na­szym szpitalu. Jednego z nich nie znamy nawet nazwiska. Nikt z ran­nych nic może dać o nim żadnej wiadomości. Żadnej przy nim no­tatki, żadnego listu z domu, żadne­go dokumentu. Na szynelu nic nie odnotowano. Bezimienny.   „Prze­padły bez wieści", wedle wojennych regestrów.
Zarządzającym Wydziałem Ad­ministracyjnym jest p. Hagmajer, gorliwy katolik, człowiek pobożny. Podjął się ciężkich i ponurych obo­wiązków z poczucia chrześcijańskiego. Dzięki temu, zmarli śmiercią odważnych mieli pogrzeb przystoj­ny. Trumny im zbito. W mundu­ry ich przyobleczono. Zawieziono ich na cmentarz. Ksiądz pokropił ziemię, która ich przyjęta.
Pogrzeb zajął jednak na cały dzień parę koni, zagarniętych w nie­dzielę na polu, wyprzężonych z powózek i ocalonych przez nas w ten sposób przed Niemcami. Służyły przez całe dziesięć dni lazaretowi, aż wróciliśmy je władzy właściwej. Pilnie potrzebne nam były we śro­dę. Tymczasem pogrzeb trwał do wieczora. Nic dziwnego. Podobnie, jak Milanówek nic byt przygotowa­ny na rannych. Żuków parafialny nic był przygotowany na zmarłych. Trzeba było oskardami kuć dla nich groby w twardej skale.

*

Piątek, 15 października.
Dajemy gościnę w naszym do­mu pani Zygmuntowej Bartkiewiczowej, która nic mogła już wy­trzymać w Brwinowie.
- Tam tak huczy straszliwie- skarży się nam.
- I tu huczy.
- Ale tu jakoś drzewa to głu­szą.
Dobroczynne drzewa. Zasłania­ją nam straszne widoki i przytłu­miają dzikie ryki. Jesteśmy jakby uprzywilejowani. Wojnę mamy jak­by za kulisami.
Gdzieindziej widać odsłonione, dzikie pole, na którym świszczą bez przerwy kule. Kto żołnierzem nie jest kto nie ma w ogóle roli czyn­nej do wykonania na takim polu obowiązku heroicznego do spełnienia, dlatego wytrzymać tu, jako świadek tylko, widz i słuchacz, jest ponad siły ludzkie.
(„Świat”, 7.11.1914 r.)
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne