"Dołek"
Andrzej Pettyn | 2010-05-14 13:18:53 | drukuj
Czy kiedyś zastanawialiście się dlaczego przy ul. Fiderkiewicza jest takie duże zagłębienie w ziemi zwane przez wszystkich "dołkiem”? Nie? To posłuchajcie mojej opowieści.

Dawno, dawno temu, kiedy na terenie dzisiejszego Milanówka znajdowały się gęste lasy, w miejscu, gdzie obecnie krzyżują się ulice Fiderkiewicza (dawniej ul. Żwirowa) i Piłsudskiego (dawniej ul. Dworska) znajdowała się leśniczówka, wokół której rozciągały się gęste lasy Puszczy Jaktorowskiej. Mieszkał w niej leśniczy imieniem Przemko, który słynął z wielkiego okrucieństwa wobec zwierząt.  Zabijał je z wielkim upodobaniem, często zakładał w lesie wnyki, w które wpadały lisy, zające i bażanty. Zwierzęta schwytane we wnyki męczyły się strasznie i najczęściej umierały z głodu, bo leśniczy nie zawsze pamiętał, aby sprawdzić, czy w zastawione wnyki schwytała się jakaś zwierzyna.

Wraz z leśniczym mieszkała jego córka imieniem Anna, dziewczyna cicha, skromna i szlachetna. Po śmierci ukochanej matki często była smutna i niemal co dzień opłakiwała zmarłą. Lata mijały, a ona wciąż mieszkała z ojcem poświęcając się dla niego, gotowała mu i sprzątała dom. Głównym zajęciem leśniczego było organizowanie polowań dla ostatniego księcia mazowieckiego z rodu Piastów Janusza III i jego gości. Zdarzało się to jednak dość rzadko, bo książę Janusz mieszkał daleko na zamku w Ujazdowie, więc leśniczy często sam wędrował po okolicznych lasach i trochę z nudów strzelał z kuszy do zwierzyny, którą potem dostarczał do pobliskich dworów czerpiąc z tego niemałe zyski.

Annę martwiło to, że ojciec zakłada w różnych miejscach wnyki, zbyt często zapomina o nich, a schwytane zwierzęta często giną tam w męczarniach z bólu i głodu. Anna starała się więc im pomóc po kryjomu. Za każdym razem kiedy ojciec wyruszał konno, i kazał sobie przygotować duży zapas jadła, wiedziała, że udaje się w dalszą drogę do Łowicza. Korzystała z tej okazji i  po wyjeździe ojca udawała się do miejsc, gdzie zastawione były wnyki, uwalniała schwytane zające i ptactwo. W czasie tych wędrówek po lesie obawiała się jedynie lisów i wilków, od których trzymała się z daleka, bo wiedziała, że mogą być niebezpieczne.
    
W swoich strzeleckich ćwiczeniach leśniczy szczególnie upodobał sobie jelonki i wszelakie ptactwo, które zabijał ze swej kuszy w ogromnych ilościach. Anna, która kochała ptaki, nie mogła się z tym pogodzić. Próbowała rozmawiać z ojcem na ten temat, aby go odwieść od zabijania ptactwa. Ale był to trud daremny, ojciec lekceważąco machał ręką i pozostawiał ją w smutku. Pewnego razu leśniczy wrócił z objazdu okolicy do domu i z radością w głosie oznajmił:

- Wiesz Anno, ustanowiłem rekord, zastrzeliłem dzisiaj sto ptaków!

Słysząc to Anna ze łzami w oczach uklękła i zaczęła się modlić do Boga, aby wybaczył ojcu ten straszliwy uczynek. Ale chyba niegodziwość leśniczego przebrała miarę, bo w tym momencie na dworze rozpętała się potworna burza. Nadeszła północ, burza wzmogła się jeszcze bardziej. W pewnej chwili dookoła leśniczówki ziemia się zatrzęsła, niebo przecięły potężne błyskawice i leśniczówka wraz z zabudowaniami gospodarskimi zapadła się pod ziemię. W oka mgnieniu zginął okrutny leśniczy, zginęła też jego szlachetna córka. Natomiast w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się leśniczówka powstało ogromne zagłębienie, dużej wielkości dół, którego ślady przy ulicy Fiderkiewicza pozostały do dnia dzisiejszego. Nie brak jednak ludzi, którzy twierdzą, że dół powstał w wyniku wieloletniego wydobywania w tym miejscu żwiru, który był potrzebny do budowy domów.

Jak było naprawdę, trudno powiedzieć. Jednak od tej pory co sto lat, tej samej nocy, dokładnie między północą, a pianiem koguta, w dole przy ul. Fiderkiewicza pojawia się duch szlachetnej Anny, czekającej na wybawienie. Zdarzyło się raz, że to wybawienie było już bliskie, bowiem pewien student, wracający do domu z dyskoteki, spotkał błąkającą się tam dziewczynę, która ze łzami w oczach poprosiła go o pomoc, wyjaśniając co ma czynić. Aby to nastąpiło młodzieniec powinien był wziąć dziewczynę w ramiona i zanieść ją do najbliższej przydrożnej kapliczki i razem z nią pomodlić się tam, prosząc o odpuszczenie win okrutnemu leśniczemu. By się to spełniło, warunek był jeden: idąc w kierunku kapliczki nie powinien się w tym czasie oglądać za siebie.
    
Niestety, w czasie drogi młodzieniec nagle usłyszał jakieś głosy, wtedy odwrócił się, a gdy to uczynił, dziewczyna zniknęła. Jak mawiali starzy mieszkańcy, później już nigdy nikomu się nie pokazała. Student po tym wydarzeniu popadł w tak okrutną melancholię, że nie dokończył studiów i z rozpaczy wstąpił do klasztoru, gdzie po dziś dzień modli się za duszę pięknej Anny.

Być może za sto lat, ktoś jeszcze spotka ją błąkającą się po zagłębieniu na ul. Fiderkiewicza i uda się dziewczynę uratować, ale - niestety - jak do tej pory, nikt nie wie, kiedy nadejdzie ta właściwa noc.

                                                                        Zanotował Andrzej Pettyn
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne