Legenda o Żabim Oczku
Andrzej Pettyn | 2010-05-14 13:14:40 | drukuj
Na podstawie opowieści najstarszych mieszkańców Milanówka
Andrzej Pettyn.

Legenda o Żabim Oczku
                                         
Z ulicą Żabie Oczko w Milanówku związana jest pewna legenda, którą znają jeszcze tylko najstarsi ludzie w mieście i to tylko z opowieści swoich pra-prapradziadów, bowiem w książkach o Milanówku nigdy jej nie odnotowano.

Było to  po powstaniu listopadowym, kiedy w 1832 roku właścicielem majątku Milanówek został Karol Boromeusz Skalski, wojskowy w randze pułkownika, uczestnik kampanii napoleońskiej. Wkrótce po objęciu we władanie majątku Milanówek przez Karola Skalskiego, okolicę dworu milanowskiego nawiedziła plaga żab. Żaby były wszędzie, w parku otaczającym dwór, na rabatkach z kwiatami, skakały po dworskim ganku, coraz śmielej wdzierały się do samego dworu. Były tak odważne, że pewnego razu pułkownik Skalski jedną z nich znalazł w swoim łóżku i ze wstrętem wyrzucił ją za okno. Tego było już za wiele. Miarka się przebrała!

 - Nie kupiłem tego majątku, aby żyć w nim pospołu z żabami! - krzyknął pewnego dnia rozgniewany pułkownik Skalski do swojego Bogu ducha winnego zarządcy.

Zarządca, pan Wincenty Paćko, obawiając się o swoją przyszłość i utrzymanie posady zarządcy majątku - postanowił podjąć próbę zwalczenia plagi. Niestety, chwytanie żab, wrzucanie do wielkich worów i wywożenie do oddalonej od Milanówka o kilka kilometrów Puszczy Jaktorowskiej, nie dawało wyników. W ten sposób wywieziono kilka tysięcy żab. Tymczasem żaby, albo wracały  z powrotem, albo w pobliskich stawach rodziły się nowe i natychmiast podążały w kierunku dworu. Zdesperowany tą sytuacją pan Wincenty ogłosił wszem i wobec, że temu, kto uwolni Milanówek od plagi żab, odda rękę swojej córki Hanny. A że było to dziewczę niezwykłej urody, oferta ta wywołała duże poruszenie zarówno wśród szlachty, jak i wśród pospólstwa. Wieść o tym rozeszła się nie tylko po  całej okolicy dworu milanowskiego, ale też dotarła do Błonia, Łowicza i do samej Warszawy. Do dworu przybywali coraz to nowi miłośnicy przygody i kobiecego piękna, bowiem córka zarządcy swoją urodą przyćmiła wszystkie panny na wydaniu w całej okolicy. Każdy z nich liczył na to, że uda mu się wymyślić sposób na wypłoszenie nieznośnych żab i że zdobędzie rękę urodziwej panny.
Mijały dni i tygodnie, a tymczasem żab nie ubywało. W pewnej chwili wydawało się, że wreszcie zjawił się odpowiedni człowiek, który poradzi sobie z żabami.      

Był to znany na Mazowszu czarownik Pumpurallo, który natychmiast po przybyciu do Milanówka na dziedzińcu dworskim rozpalił wielkie ognisko, wrzucił doń mnóstwo zebranych przez siebie ziół, a kiedy dym już unosił się znad ognia, zaczął wokół ogniska tańczyć wnosząc zaklęcia w niezrozumiałym języku, aby w ten sposób wypłoszyć nieznośne żaby. Jednak i to nie pomogło. Żaby pozostały i ani im w żabiej główce było, aby się wynieść. Zarządca majątku był zrozpaczony i w czarnych barwach widział swoją przyszłość na stanowisku zarządcy majątku.  Cieszyła się tylko piękna Hanna, bowiem czarownik był bardzo brzydki i nawet nie wyobrażała sobie małżeństwa z taką szkaradą.

I kiedy wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna i teren całego Milanówka opanują żaby, do dworu milanowskiego przybył niepozorny młodzieniec imieniem Stach i zgłosił się do zarządcy mówiąc:

- Wielmożny panie, słyszałem o nieszczęściu, które nawiedziło Milanówek i ośmielam się twierdzić, ba, jestem nawet pewien, że znalazłem sposób na wyprowadzenie żab z waszej miejscowości.

Zarządca podejrzliwie spojrzał na młodzieńca, na jego skromny strój i torbę podróżną niedbale przerzuconą przez plecy i po chwili namysłu odezwał się:

- Pięknie młody człowieku, wszyscy tylko marzymy o tym, aby wreszcie ktoś wyprowadził stąd bezpowrotnie te tysiące żab, ale jak ty sobie to wyobrażasz, jak chcesz tego dokonać?
Wówczas młodzieniec wydobył ze swojej torby podróżnej długi flet i wskazując nań powiedział:

- Ten flet ma cudowną moc, to zaczarowany flet. Melodie na nim grane są w stanie uśpić człowieka, mogą uśmierzyć ból, mogą też spowodować, że za wygrywanymi melodiami powędrują nie tylko żaby, ale i ptaki, a także leśne zwierzęta.

Zarządca z niedowierzaniem spojrzał na niepozorny podwójny flet, ale nie widząc innego wyjścia ochoczo zgodził się na przeprowadzenie eksperymentu, do którego też wkrótce przystąpiono.
     
Młodzieniec wziął do ręki flet, przerzucił torbę podróżną przez ramię, wyszedł na ganek dworu, przyłożył flet do ust i zagrał, a grał tak pięknie, tak wzruszająco i zarazem tak przenikliwie, że muzyka ogarniała nie tylko mózg i serce, ale czyniła bezwolnym całe ciało. Słuchając tej muzyki zarządca majątku i zgromadzeni wokół chłopi stali jak urzeczeni z szeroko otwartymi ustami. Zasłuchani nawet nie zauważyli, że wokół nich zrobił się jakiś dziwny ruch. W pewnej chwili z różnych zakątków otaczającego dwór parku zaczęły wypełzać różnej wielkości żaby podążając w kierunku rozlegającej się muzyki. Młodzieniec udał się w kierunku drogi prowadzącej na południe Milanówka, a żaby spokojnie jedna za drugą podążyły za nim w długim szeregu. Muzykant szedł tak oddalając się od dworu i zarazem grając nieustannie przez trzy kilometry aż dotarł do stawu wokół którego zgromadził się podążający za nim żabiniec. Wówczas przerwał, a wszystkie żaby jakby zahipnotyzowane pozostały na miejscu i nigdy już nie powróciły do parku i dworu milanowskiego.

Młodzieniec otrzymał obiecaną nagrodę, bowiem zarządca majątku wraz ze szczęśliwym dziedzicem natychmiast zaprowadzili go do pięknej Hanny, której młodzieniec bardzo się spodobał, więc czym prędzej zarządzili ślub w pobliskim kościele w Żukowie i wyprawili im huczne wesele, na którym i ja byłem i wspaniale się bawiłem. Młodzi żyli długo i szczęśliwie, a ich potomkowie po dziś dzień mieszkają w Milanówku.

Po parcelacji majątku Milanówek na początku dwudziestego wieku, kiedy w miejscowości zaczęto wytyczać ulice, na pamiątkę tego wydarzenia ulicy obok stawu, wokół którego schroniły się milanowskie żabki, nadano nazwę Żabie Oczka, a później -  Żabie Oczko. I chociaż żab w takich ilościach już tam nie ma, staw istnieje nadal, a ulica wciąż nazywa się Żabie Oczko. Wiedzą o tym dobrze nie tylko dzieci, które uczęszczają do szkoły mieszczącej się przy tej ulicy, ale i dzieci z innych części naszego miasta. Zaglądają niekiedy przez płot do stawu i widząc, że z roku na rok jest w nim coraz mniej wody zastanawiają się co będzie dalej, czy po całkowitym wyschnięciu wody w stawie natrętne żaby znowu dokonają inwazji na Milanówek???
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne