Kiedy Milanówek był stolicą... (Wspomnienia)
Marian Podkowiński | 2010-05-14 12:56:45 | drukuj
Ilekroć sięgam pamięcią wstecz do tych czasów, kiedy rozproszeni po warszawskim powstaniu znaleźliśmy się z grupą uchodźców w podstołecznej miejscowości Milanówek na linii EKD, zawsze powraca do mej świadomości obraz, którego nie zapomnę chyba do końca życia!

Była godzina obiadowa, żona moja Irena krzątała się w "kuchni" (tzn. w jednym z kątów małego pokoju, jaki wraz z córeczką zajmowaliśmy w domku przy ulicy Podgórnej tuż przy cmentarzu), kiedy nagle przed nasze okno zajechał z szumem czołg. Mój sąsiad, szewc, wyskoczył przed dom i wrzasnął z całych sił: "Panie, przecież to Rosjanie!..."

Tak dowiedzieliśmy się, że Warszawa jest wolna. A jeszcze przed godziną Niemcy opuszczali Milanówek, jakby się nic w promieniu kilku kilometrów nie działo. Po chwili jeszcze kilka takich czołgów przewaliło się przez naszą drogę w stronę Grodziska. A koło nas dzieci obległy żołnierza radzieckiego, rannego w nogę, prowadząc go po chwili do mieszkania, aby ranę opatrzeć. Pojawił się na stole suchy chleb, kilka ostygłych już kartofli. A leśniczy, którego, początkowo podejrzewaliśmy o nielegalny ubój bydła, okazał się "leśnym", postawił flaszkę bimbru. Tak odbyło się nasze pierwsze spotkanie z żołnierzem radzieckim.

Do Milanówka przybyliśmy po kapitulacji, uciekając z konwojowanego pochodu na Pruszków. Ludzie korzystając z nieuwagi niemieckich lotników wiali z szeregów jak mogli. Każdy dom na trasie, a zwłaszcza we Włochach, wkrótce pełen był "bieżeńców". Przyjmowano nas serdecznie, ukrywano, następnie dalej transportowano. Wszędzie wtedy roiło się od warszawiaków, chyba aż do Skierniewic. Konduktorzy przymykali oczy na nielegalnych pasażerów. My trafiliśmy kolejka EKD do Milanówka. Na stacji biwakowały całe grupy uchodźców z Powstania. Ludzie chorowali, byli wyczerpani psychicznie i bezradni. Nikt nie wiedział, co dalej będzie. Jedzenie było więcej niż skąpe, a tu jeszcze zima za pasem. Przy stacji kolejowej, w obszernym choć zmurszałym budynku siostry zakonne i powołane ad hoc komitety opiekuńcze pomagały jak mogły. W obszernej sali spali na słomie starzy ludzie, wielu umierało po kątach. Był to straszny widok, w każdym razie dla tych, którzy na szczęście nie zaznali obozów koncentracyjnych. Po kilku dniach zaczęto rozglądać się za jakimś pomieszczeniem. Milanówek - jak i okoliczne wsie - był przeludniony. Tylko przypadkiem udało się nam zdobyć pokoik w domku pewnej wdowy, której córka i zięć trudnili się - jak to wtedy - handlem i pokątnym ubojem. Dawałem ich córeczce lekcje języka i historii Polski - więc kaszanki i słoniny nie brakowało.

Na rynku w Milanówku pewnego dnia spotkałem Tadeusza Brezę, który stał w kolejce do miejscowego banku, aby wymienić ówczesne pięćsetki. Trzeba było się ich pozbywać, gdyż władze hitlerowskie znakowały banknoty. Od Tadzia, z którym pracowałem w przedwojennym "Kurierze Porannym" dowiedziałem się, że Milanówek stał się "siedzibą" wielu pisarzy i aktorów, że Jarosław Iwaszkiewicz mieszkający w sąsiednim Brwinowie pomaga kolegom jak może, że spotykają się literaci, a znana dramatopisarka Maria Morozowicz-Szczepkowska zaprasza do swojej willi "na kawę". Wkrótce odkryłem, że w Milanówku rezyduje znany pisarz - autor wielu znakomitych i poczytnych powieści fantastycznych Władysław Umiński, z którego rodziną się wkrótce zaprzyjaźniłem. Nie trwało długo, a w moim domu pojawił się Edward Kozikowski, b. sekretarz Związku Literatów Polskich w Warszawie, Rembek, pisarz-batalista, wkrótce odnalazł się tu Jan Nepomucen Miller i autor "Wniebowstąpienia", góral Jerzy M. Rytard. Jednym słowem Milanówek stał się poniekąd ośrodkiem działania tych, którzy nie chcieli się zbytnio oddalać od płonącej wciąż stolicy.

Ale nie tylko pisarze znaleźli tu schronienie. Także wielu dziennikarzy, aktorów i polityków. Spotykano się oczywiście w prywatnych mieszkaniach, czytywano komunikaty, słuchano radia. No i handlowano - czym popadnie. Sam raz w tygodniu jeździłem do Krakowa z cukrem i wódką, aby przywieźć papierosy i żywność. Wkrótce stałem się łącznikiem między kolegami z Milanówka i przyjaciółmi w Krakowie, którzy skupili się wokół nieżyjącego już Jana Wiktora w jego mieszkaniu przy ulicy Basztowej, w ten sposób poznałem Jacka Fruehlinga i Stanisława Witolda Balickiego. Mogłem tez pośredniczyć w przekazywaniu małych kwot pieniężnych dla wielu ludzi w Milanówku. Tak nawiązała się sztafeta pomocy i przyjaźni - zresztą nie tylko przeze mnie - między Milanówkiem i Krakowem. Emisarjusze dobrej woli, jak nazywano śmiałków, którzy włóczyli się kolejami - rewizje żandarmów w Radomsku i Częstochowie, gdzie niedaleko w Poraju przebiegała granica "Reichu" były nie tylko plagą "przemytników", ale i niebezpieczeństwem dla życia - kursowali stale na trasie Milanówek - Skierniewice - Kraków, zapuszczając się także do, Łodzi i Poznania. Mogliśmy przywozić nie tylko towary, ale i nowinki polityczne, które były na wagę złota.

Dzięki zaradności mojej żony i pomocy naszych sąsiadów, którzy współczuli nam bardzo, mogliśmy wkrótce otworzyć nasz "salon literacki". Żona gotowała obiady dla kręgu naszych znajomych (pisarzy i innych towarzyszy niedoli), w czasie których toczyliśmy polityczne dyskusje, jakbyśmy przebywali na emigracji. Cały zresztą Milanówek był rozpolitykowany tak na nas działała bliskość stolicy oraz tragiczne wieści nadchodzące o jej barbarzyńskim niszczeniu jak i słuchy o tych, którzy nadal ukrywali się w ruinach Warszawy.

Oczywiście nie mogliśmy prowadzić takiego życia, gdyby nie serdeczny stosunek wielu mieszkańców Milanówka do uchodźców. Poznałem wtedy wielu szlachetnych ludzi, którzy potrafili w porę nas ostrzec, a kiedy groziła obława przemycić nas do pobliskiego majątku (tzw. Liegenschaftu), gdzie na strychach różnych domostw mogliśmy spokojnie i pod czujną opieką przeczekać dzień, dwa aż wszystko ucichnie. Ta solidarność w obliczu wspólnego niebezpieczeństwa i wspólnej sprawy była dowodem integracji Milanówka z przybyszami.

Przykładem takiego właśnie stosunku była rodzina pisarza Władysława Umińskiego, która pomagała wielu ludziom. Przychodząc do tego domu czułem się jak w rodzinie, zwłaszcza ujęty serdecznością córki państwa Umińskich, osoby wielce zaradnej i troskliwej o dobro nie tylko swoich rodziców. Ileż ujmującej dobroci płynęło z oczu starszej pani Umińskiej, kiedy sfrustrowany, nie tylko własną sytuacją, ulegałem nieraz zwątpieniu. Chociaż przecież od października do 17 stycznia 1945 roku upłynęły niecałe cztery miesiące, przecież nam, wygnańcom, wydawało się to niemal wiekiem! Gorzej, że po pierwszych tygodniach adaptacji do nowych warunków nastąpił dopiero kryzys. 63 dni powstania sierpniowego wydało nam się teraz okresem znacznie krótszym niż siedzenie z założonymi rękami w Milanówku. Ludzie stawali się coraz bardziej osowiali, nie chcieli nawet dyskutować, choć dochodziły nas coraz bardziej pocieszające wieści z frontów, przecież w milanowskim mikroklimacie trudno było wyzbyć się pesymizmu. W miarę postępu ofensywy radzieckiej ludzie stawali się niecierpliwi, wszyscy tkwili przecież w Milanówku, aby "w razie czego" być pierwszymi w Warszawie. Nikt nie wiedział wtedy jak wyglądała bezlitośnie niszczona stolica. Kiedy ją bowiem opuszczaliśmy - stała jeszcze mocno w swoich fundamentach. To, że w styczniu była to śnieżna pustynia z wypalonymi kikutami dawnych domów - któż z nas mógł sobie wyobrazić.

Kiedy więc doszły do nas pierwsze odgłosy artyleryjskiego dudnienia i ludzie zaczęli z ust do ust podawać sobie radiowe wiadomości, nikt przez ostatnie dwie noce nie spał w Milanówku. Widzieliśmy przemykające się nocą oddziały Wermachtu. Nikt jednak nie sądził, że przerwanie obrony niemieckiej pod Warką nastąpi tak szybko, że Warszawa będzie wolna tak błyskawicznie.

Kiedy owego pamiętnego dnia w porze obiadowej czołg o nieznanej dotąd sylwetce zajechał przed nasz dom - żona nalewała akurat córce talerz zupy - a nasz sąsiad - szewc - wyskoczył z butem w ręku na ulicę, nikt w pierwszej chwili nie uświadomił sobie, że jesteśmy wolni. Tak nas okupacja hitlerowska zniewoliła, że przez dłuższą chwilę nie mogliśmy wymówić ani słowa. Dopiero kiedy kilka innych czołgów z żołnierzami radzieckimi przejechało obok nas i ludzie wylegli na drogę rzucając się sobie w ramiona, radość wybuchła wraz z płaczem.

Już nazajutrz pół Milanówka ruszyło piechotą w stronę Warszawy. Śnieg i mróz usztywniły drogi i pobocza. Mijały nas pojazdy wojskowe, oddziały frontowe i furki chłopskie. Masa ludzka jak lawa przelewała się, szukając ujścia gdzie się tylko dało.

Wraz z Edwardem Kozikowskim i Janem Nepomucenem Millerem i my ruszyliśmy na powitanie Warszawy. Nie wiem ile godzin chodziliśmy w tym tłumie. Ale był to inny marsz, niż ten z Powstania do Milanówka, chociaż przeczuwaliśmy, że na widok stolicy radości nie będzie.

U rogatek tego, co było wielkim miastem stanęliśmy osłupiali: przed nami rozpościerała się zmasakrowana Warszawa. Widok był tak straszny, że ruszyliśmy w milczeniu jak w drogę na cmentarz. Tylko klaksony wojskowych pojazdów wyrywały nas z odrętwienia.

Takie było nasze powitanie z Warszawą 19 stycznia 1945 roku.

("Stolica", nr 3/1975, s. 32)
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne