Konspiracyjna piłka nożna w Milanówku
| 2015-11-17 21:02:51 | drukuj
Henryk Ochman
Konspiracyjna piłka nożna w Milanówku

- Panie Henryku, jak u Pana zaczęła się konspiracyjna piłka nożna?

- Na spotkaniu koleżeńskim w gronie młodych pasjonatów piłki nożnej doszliśmy do wniosku, że nadszedł moment podjęcia decyzji utworzenia klubu, zwłaszcza że mieliśmy informację o działających na terenie Warszawy klubach piłkarskich, które regularnie rozgrywały mecze.  Powołaliśmy organizację pod nazwą Klub Sportowy "Milanówek", a założycielami byli J. Grajber i Henryk Ochman z Podkowy Leśnej oraz Zenon Mięsowski i Tadeusz Noiński z Milanówka. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że taki konspiracyjny klub podejmuje duże ryzyko, że narażamy swoje  życie, ponieważ hitlerowscy okupanci tępili wszystko co polskie, a tworzenie jakichkolwiek polskich organizacji było nie do pomyślenia. Dodam, że powołanie klubu poprzedziło rozegranie towarzyskiego spotkania piłkarskiego miedzy drużynami Podkowy i Milanówka, które wygrali podkowianie. Niestety, wyniku już nie pamiętam.

- W kronice, którą Pan pieczołowicie prowadził, odnotował Pan pierwszy mecz nowo utworzonej drużyny i kilka szczegółów z nim związanych...

- K.S. "Milanówek" swój pierwszy oficjalny mecz rozegrał w 1942 r. z K.S. "Znicz" Pruszków wygrywając 5:1. Myślę, że mimo okupacyjnej biedy zaprezentowaliśmy się nieźle, ponieważ piłkarze wystąpili w jednolitych strojach, były to zielone koszulki i białe spodenki. Zanotowałem, że w tym historycznym dla nas meczu drużyna wystąpiła w następującym składzie: bramka - J. Bałdyga, obrona - J. Małaszkewicz, J. Grajber, pomoc T. Noiński, Z. Mięsowski, J. Grochowski, atak - Sielóżycki, Konarzewski, H. Ochman, Osiadacz, J. Zemlich.

- Myślę, że ta wysoka wygrana w pierwszym oficjalnym meczu zachęciła Was do dalszej działalności...

- Tak, rzeczywiście. Wkrótce rozegraliśmy mecz z "Naprzodem" Brwinów wygrywając 2:1, a kolejnym krokiem było zorganizowanie w Milanówku turnieju piłkarskiego z udziałem drużyn z Grodziska Maz., Żyrardowa i Milanówka. Turniej, jak i wcześniejsze mecze, rozegraliśmy na boisku, które znajdowało się przy ulicach Spacerowej, Wielkim Kącie i Pasiecznej. Szkoda, że po wojnie, zamiast utrzymać to boisko dla młodzieży, wybudowano na tym terenie osiedle domków jednorodzinnych, które uszczupliło tereny sportowe w naszym mieście. W turnieju pokonaliśmy "Pogoń" Grodzisk Maz. 2:0 i "Żyrardowiankę" - 3:1. Łącznie w pierwszym roku naszych konspiracyjnych rozgrywek piłkarskich rozegraliśmy 9 spotkań, z których 7 wygraliśmy, 2 przegraliśmy, bilans bramek 37:11. W składzie drużyny pojawiło się więcej nowych twarzy, m.in. bracia Widliccy i Pacowie.

- Z Pana wypowiedzi i zapisów w kronice wnioskuję, że ochota do gry była wielka. Dlaczego więc rozegraliście tylko 9 spotkań?

- Powód był prosty, naszą aktywność ograniczał strach przed represjami okupanta. Nikt z nas nie chciał ryzykować życiem lub zesłaniem do obozu koncentracyjnego. W Warszawie na boisku przy ul. Podskarbińskiej sytuacja była korzystniejsza, tam grano "na całego".  Poznałem tam Mariana Bekiera, działacza K.S. "Olimpia", organizatora rozgrywek przy Podskarbińskiej. Namówiony przez niego rozegrałem jeden mecz w barwach K.S. "Olimpia", strzeliłem nawet bramkę, ale jednak pozostałem wierny Milanówkowi, gdzie członkowie naszej drużyny stanowili jedną wielką rodzinę.

- Z kroniki, którą przeglądałem z zainteresowaniem i wzruszeniem, można wywnioskować, że mecze K.S, "Milanówek" odgrywały wielką rolę w kształtowaniu patriotycznej postawy miejscowej ludności, przekonywały, że nie należy się poddawać, że trzeba walczyć...

- Z pewnością tak właśnie było. W 1943 r. na mecze przychodziło coraz więcej sympatyków spośród miejscowej ludności, ale i z sąsiednich miasteczek i osiedli. Szczególnie uwidaczniało się to na meczach wyjazdowych. Wkrótce zaczęli nas zaliczać w WOZPN-iu do najprężniej działających klubów podwarszawskich. Ale nie wszystko było takie proste, na każdym kroku czyhały niebezpieczeństwa. Pamiętam, że mecz wyjazdowy z K.S. "Zniczem" Pruszków nie doszedł do skutku, ponieważ na boisko wtargnęli uzbrojeni hitlerowcy, a byliśmy już na płycie boiska w strojach sportowych. Otoczono nas, a następnie przy towarzyszących nam okrzykach zaprowadzono na teren pobliskiej Fabryki Wyrobów Mechanicznych. Po zapłaceniu kary po 20 złotych "od łebka" - a trzeba wiedzieć, że Niemcy na szczęście byli bardzo przekupni - zwolniono nas nakazując natychmiastowe opuszczenie boiska. Byliśmy zadowoleni, że to się tylko tak skończyło i ubierając się po drodze poszliśmy na przystanek kolejki EKD w Komorowie. To wydarzenie nie odstraszyło nas jednak od udziału w rozgrywkach. Mecze rozgrywaliśmy zarówno w Milanówku, jak i na wyjazdach i to w miejscowościach dość odległych od Milanówka, jak Legionowo, Otwock, Karczew, do których w okupacyjnych realiach nie zawsze łatwo się  było dostać. Przeciwnikami byli jeszcze Varsovia Warszawa i "Olimpia" Grochów. Były to mecze w ramach okupacyjnych mistrzostw Warszawy.

- W pewnym momencie w Pana kronice pojawił się soczysty liść morwy wraz z jedwabnikiem...

- Tak, wiąże się to z dość istotną zmianą. W sierpniu zyskaliśmy sponsora z prawdziwego zdarzenia, a była to Centralna Doświadczalna Stacja Jedwabnicza potocznie zwana przez mieszkańców "Fabryką Jedwabniczą". Na początku sierpnia zakupiono dla drużyny białe piłkarskie koszulki, czerwone spodenki, getry, piłki nożne oraz oryginalne buty piłkarskie. Wybrano władze klubu, którego prezesem został Armand Vetulani. W skład zarządu weszli m.in. Józef Marcinkowski, Kazimierz Hoffman, Zofia Hard. Kapitanem drużyny wybrano ponownie mnie. Warto dodać, że w związku z pozyskaniem sponsora na pierwszym posiedzeniu plenarnym nasz klub sportowy przyjął nazwę "Jedwabnik". Gwoli ścisłości dodam, że tę nazwę trafnie zaproponował Tadeusz Noiński. Pierwszy mecz pod nową firmą rozegraliśmy 7 września 1943 r. Z lokalnym rywalem "Błękitem" Milanówek wygraliśmy 6:5. Pamiętny był mecz z renomowaną Polonią Warszawa, w której składzie było kilku przedwojennych ligowców, przegraliśmy 3:7. Te trzy strzelone gole, z których dwa zdobyłem ja, jednego H. Widlicki, wskazują że nie był to mecz do jednej bramki. Pamiętam, że mecz miał uroczystą oprawę. Przybył pan Henryk Witaczek, współwłaściciel CDSJ, który w serdecznych słowach powitał zawodników Polonii i każdemu wręczył upominek w postaci jedwabnej chustki ręcznie malowanej z naturalnego jedwabiu milanowskiego. Bilans tego drugiego oficjalnego sezonu był następujący: na 20 spotkań - 12 wygranych, 7 przegranych i 1 remis, stosunek bramek 58:47.

- Bilans imponujący zważywszy również i to, że mecze rozgrywano w warunkach ciągłego zagrożenia. I tak doszliśmy do roku 1944...

- Graliśmy nadal, od kwietnia pozyskaliśmy wreszcie trenera, a był to Zenon Odrowąż, doskonały piłkarz Polonii Warszawa, król strzelców przedwojennej I ligi. Pod wodzą tego znakomitego trenera graliśmy jak w transie kolejno wygrywając z renomowanymi przeciwnikami, m.in. z Polonią W-wa (2:1). Miałem w tym meczu osobistą satysfakcję, bo strzeliłem jedną z bramek. W drużynie Polonii znalazło się aż 8 zawodników z przedwojennego pierwszoligowego składu.  Najważniejszym sukcesem "Jedwabnika" było jednak otrzymanie własnego boiska. Wybudowano je na terenie przyfabrycznym dzięki osobistym staraniom H. Witaczka. Na tym boisku przyjmowaliśmy wiele drużyn stołecznych, z którymi uczestniczyliśmy w konspiracyjnych mistrzostwach Warszawy. Gości przyjmowaliśmy bardzo uroczyście, przed meczem i w przerwie meczu zebranej publiczności często czas umilała fabryczna orkiestra smyczkowa Stacji Jedwabniczej pod batutą słynnego muzyka milanowskiego prof. Feliksa Dzierżanowskiego.

- Mógłby ktoś odnieść wrażenie, że wszystko odbywało się gładko bez żadnych przeszkód, jakby w ogóle nie było okupacji niemieckiej?

- Wyciąga Pan zbyt optymistyczne wnioski. Np. w czasie jednego z treningów, na który przybyło również kilku zawodników z Warszawy, grupę zawodników z trenerem Odrowążem otoczył przybyły na rowerach duży oddział policji niemieckiej "Szupo" z Brwinowa. Niemcy zaczęli legitymować nas, sprawdzać zawartość leżących ubrań. Obecny na treningu p. Hoffman, pracownik Stacji Jedwabniczej, zaczął tłumaczyć Niemcom, że to pracownicy fabryki bawią się w piłkę. Przeżyliśmy nerwowe chwile, ale tym razem udało się - nie aresztowano uczestników treningu, co prawdopodobnie było zasługą Witaczka, którego nazwisko dobrze było znane Niemcom, jako producenta jedwabiu na spadochrony. Tak więc wszystko się szczęśliwie skończyło, ale w 1944 r. terror niemiecki zaczął wzrastać, gra w piłkę nożną stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Na wiele boisk, na których rozgrywano mecze zaczęły przyjeżdżać tzw. "budy" i Niemcy przeprowadzali łapanki, których ofiarami padali nie tylko widzowie, ale i zawodnicy. Kiedy w ramach konspiracyjnych mistrzostw Warszawy  w końcu lipca rozegraliśmy, zresztą przegrywając 1:2, mecz z drużyną "Koło" W-wa, nie przypuszczaliśmy, że to ostatni mecz w koszmarnych warunkach niewoli i ucisku.

- Ostatni, bo w Warszawie wybucha Powstanie...

- Tak, 1 sierpnia 1944 r. rozpoczyna się Powstanie. W szeregach powstańców walczą niedawni piłkarze z "Jedwabnika" St. Bzdak, St. Szymaniak, Al. Dering, J. Grajber, J. Grochowski i trener Z. Odrowąż. W tej nierównej walce z okupantem nie wszystkich los oszczędza, giną koledzy Al. Dering i J. Grochowski. Na barykadach Warszawy siedem kul od rozstrzeliwujących go własowców otrzymuje w pierś J. Grajber, m.in. traci oko, ciężko rannego kolegę odbijają powstańcy. W czasie Powstania w krótkim okresie chwilowego zawieszenia broni samochód Stacji Jedwabniczej otrzymuje zgodę Niemców na wywiezienie ze sklepów fabrycznych w stolicy ocalałego towaru. Wśród pracowników przybyłych do Warszawy jest kolega J. Marcinkowski, który w czasie jazdy poznaje przechodzącego ulicą porucznika Odrowąża. Rozmowa i szybka decyzja, pomagają mu się przebrać i jako rzekomego pracownika fabryki wywożą z Warszawy do Milanówka, gdzie wspomagany przez H. Witaczka ukrywa się przez kilka tygodni na terenie fabryki. Koledzy St. Bzdak i St. Szymaniak dostają się do niewoli niemieckiej. Szczęście uśmiecha się do kolegi St. Szymaniaka, bowiem udaje mu się uciec z transportu w czasie postoju pociągu na stacji w Szymanowie. Dociera do Milanówka i jest uratowany. Koledzy, aby wspomóc go organizują zbiórkę pieniędzy wśród piłkarzy i kibiców. Kolega Kazimierz Lech wraz z innymi jeńcami oraz ojcem i siostrą przejeżdża transportem przez Milanówek do Rzeszy. Pociąg zatrzymuje się na stacji w Milanówku. Obecny tam kolega Kazimierz Lasoń pomaga Kazikowi wydostać się z wagonu, ale nie daje rady wyciągnąć ojca i siostry, więc Kazik zostaje w pociągu i postanawia im towarzyszyć.

Należy wspomnieć o losach trzeciego warszawiaka, który grał w naszym zespole. Otóż St. Bzdak jako żołnierz AK brał udział w Powstaniu Warszawskim. Dostal sie do niewoli i został internowany w obozie jenieckim w Bawarii. Pewnego dnia dostaję list od Stanisława z adresem Oflagu. Po kilku dniach do Stacji Jedwabniczej przyjeżdża żona St. Bzdaka. Rozmawia ze mną, a pierwsze pytanie, które stawia, brzmi "Czy wie pan coś o moim mężu?" I dodaje, że "jak poszedł walczyć w Powstaniu, to do chwili obecnej nie mamy żadnych o nim wiadomości." Wręczam pani Bzdak  list, jaki otrzymałem od jej męża. Kobieta zaniemówiła z wrażenia. Ze łzami w oczach rzuca mi się na szyję, dziękując jednocześnie za tak wspaniałą dla niej wiadomość. Mówi, że chciałaby lecieć na skrzydłach, aby powiadomić dzieci, iż ich ojciec żyje i jest w niewoli. Jak pamiętam  pani Bzdak przyjechała z kieleckiego.

- Jak się domyślam, Powstanie Warszawskie przerwało konspiracyjne mistrzostwa definitywnie...?

- To prawda, ale godny odnotowania jest mecz, który rozegraliśmy już po zakończeniu Powstania z reprezentacją pułku wojsk węgierskich, który w tym czasie kwaterował na terenie Milanówka. Węgrzy nie mieli najmniejszej ochoty, aby przyłączyć się do pacyfikacji Powstania, ich pułk zatrzymał się więc w Milanówku robiąc wyraźny unik. Miejscowa ludność nawiązała z Węgrami bardzo sympatyczne kontakty. Zdarzało się, że nasi pobratymcy "pozwalali", aby ukradziono im broń, niektórzy sprzedawali akowcom amunicję. Nic więc dziwnego, że w porozumieniu z dowództwem pułku, dla pogłębienia dobrych kontaktów, postanowiono zorganizować mecz piłki nożnej. Stronę milanowską reprezentowali pracownicy Stacji Jedwabniczej, ale faktycznie byli to piłkarze "Jedwabnika". Ten pamiętny mecz zgromadził tłumy mieszkańców i zakończył się wygraną drużyny polskiej 8:3, a bramki dla barw polskich zdobyli: Wojciechowski - 4, Ochman - 3 i Mięsowski - 1. Po meczu tym pozostało pamiątkowe wspólne zdjęcie obu drużyn. W przerwie meczu przygrywała orkiestra F. Dzierżanowskiego. Mecz odbył się w przyjaznej atmosferze, a po zakończeniu rywalizacji na boisku w świetlicy fabrycznej odbył się wspólny obiad, który ze strony Węgrów zorganizował dowodzący oddziałem major, a ze strony naszej p.                      ??? Przy naszej pomocy danie na gorąco w postaci gulaszu przygotowali Węgrzy, natomiast my dostarczyliśmy napoje chłodzące. Po przemówieniu wygłoszonym przez majora wojsk węgierskich wszyscy wstali, a węgierski skrzypek, jeden z żołnierzy, wykonał hymn węgierski; po chwili, w wykonaniu tego samego skrzypka, ku powszechnemu zaskoczeniu znajdujących się tam Polaków, rozległ się Mazurek Dąbrowskiego. Wstaliśmy, Węgrzy również, płakaliśmy stojąc i po raz pierwszy w czasie wojny publicznie śpiewaliśmy "Jeszcze Polska nie zginęła..." Po latach, kiedy myślami wracam do tamtych chwil, wciąż ogarnia mnie wzruszenie.

*

W kilka tygodni później kończy się okupacja hitlerowska. Z kroniki pana Henryka Ochmana dowiaduję się, że piłkarze, których los oszczędził, szybko powrócili do czynnego życia sportowego. Pierwszy mecz nowonarodzony "Jedwabnik" rozegrał w 1945 r. z Polonią Warszawa, która w nowych realiach licząc na wsparcie "ludowej władzy" wystąpiła jako Milicyjny Klub Sportowy uzyskując wynik remisowy 1:1. Satysfakcję wszystkich piłkarzom grającym w tym meczu sprawił fakt, że w rok później Polonia Warszawa zdobyła tytuł mistrza Polski w piłce nożnej.

                                                           Rozmawiał Andrzej Pettyn


Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne