Zegarmistrz
Bohdan Jakubowski | 2013-03-19 09:08:19 | drukuj
Bohdan Jakubowski - ur. w 1932 r. w Warszawie, absolwent Wydz. Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej.

Po studiach pracował m.in. w stolicy Maroka, Rabacie, gdzie przez ponad pięć lat wykonywał pomiary tego miasta. Tam też ukończył, zorganizowany przez Francuską Misję Kulturalną i Uniwersytecką, 4-letni kurs językowy, otrzymując wystawione przez Uniwersytet Paryski świadectwo praktycznej znajomości języka francuskiego. Po powrocie do kraju nie podjął już pracy w wyuczonym zawodzie, lecz znalazł zatrudnienie w Ośrodku Francuskiej Dokumentacji Naukowo Technicznej w Warszawie. Tam, przez ponad 18 lat tłumaczył francuskie teksty techniczne i redagował Biuletyn Informacyjny prezentujący nowości francuskiej nauki i techniki, którego odbiorcami były polskie przedsiębiorstwa, placówki naukowe, szkoły wyższe i indywidualni specjaliści z różnych dziedzin.

Za zasługi w propagowaniu osiągnięć francuskiej myśli naukowej i technicznej oraz w ułatwianiu kontaktów i nawiązywania współpracy firm i ośrodków naukowych Francji i Polski, został uhonorowany przez rząd Republiki Francji - Kawalerskim Orderem Zasługi.

Na podstawie wspomnień z pobytu w Maroku napisał opowiadanie zatytułowane Zegarek, które otrzymało pierwszą nagrodę w konkursie literackim ogłoszonym przez Program I Polskiego Radia pod nazwą Życie jest Opowieścią. Publikował też w miesięczniku "Poznaj Świat" (Studnia Abdallaha).

Będąc już na emeryturze, w latach "mocno dojrzałych" - zainspirowany twórczością poetycką Hanny Łochockiej (jest jej siostrzeńcem) - zaczął zapisywać swoje wiersze i wierszyki takie sobie i inne..., których znakomita większość wypełniła trzy tomiki Wierszy takich sobie i innych.., noszących podtytuły: Nasza współczesność, Igraszki słowne oraz Między nami zwierzętami.

W czasie pobytu w 2012 roku w Milanówku wziął udział w nagraniu filmu dokumentalnego, poświęconego pracy S. Urszulanek w Milanówku. Film ten nakręcony przez Mariusz Koszutę  w formie rozmowy wspomnieniowej poprowadzonej plerez red. Andrzej Pettyna i przeplatanej dokumentalnymi zdjęciami z lat II wojny światowej zobaczyć można na stronie TMM

ZEGARMISTRZ, czyli NIESPODZIEWANE SPOTKANIE
„DWÓCH WROGÓW”


(Teks ten, pod tytułem „Zegarek” został w marcu 2006 roku nagrodzony w  konkursie ogłoszonym przez Program 1 Polskiego Radia, zatytułowanym „Życie jest opowieścią”).

Pracowałem wówczas na kontrakcie w Maroku, gdzie jako geodeta wykonywałem pomiary stolicy kraju Rabatu. Pewnego ranka rozpoczynając pracę na jednaj z ulic w starej części miasta stwierdziłem, że mój zegarek nie chodzi. Cóż, nie nieszczęście to, ale kłopot.. Nic nie pomogło potrząsanie, ani obracanie zegarkiem, był nakręcony, ale chodzić nie chciał.

W jednej z bocznych uliczek zauważyłem szyld zegarmistrza, wszedłem więc do małego warsztaciku, obwieszonego mnóstwem chodzących i nie chodzących,  przeróżnych zegarów. Przy pulpicie oświetlonym niewielką lampką siedział, z lupą w oku siwy mężczyzna w wieku lat około siedemdziesięciu. Zajrzał do mego zegarka i powiedział, że trzeba wymienić pękniętą sprężynę. i spytał czy ma również oczyścić zegarek, bo pewnie dawno już nie był czyszczony. Wyraziłem zgodę i umówiliśmy się po odbiór zegarka na dzień następny.

Kiedy już wychodziłem zegarmistrz zapytał nagle czy jestem Francuzem, odpowiedziałem, że nie dodając: ”a dlaczego pan pyta o to ?”. Odrzekł na to po  chwili wahania: ”Nie wiem, wprawdzie mówi pan świetnie po francusku, ale jest w panu coś powiedziałbym „nie francuskiego”. Ja na to, że nie bardzo wiem co to może być owo „coś” ale, że istotnie ma rację, bo jestem Polakiem. Nagły, drobny skurcz przebiegł mu po twarzy i mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jakby: „Ach so”.

Wyszedłem z warsztatu nic już nie mówiąc. Po paru krokach odwróciłem się i spojrzałem, uważniej już wtedy, na szyld nad drzwiami, na którym widniał napis „Horloger”, a pod nim nazwisko „Martin Thomas Altman”. Pomyślałem sobie nie wiem dlaczego jego jakby słowami: „Ach so, Herr Altman „. Przecież nie wiedziałem nic o tym człowieku, a samo jego nazwisko mogło wszak być francuskie, alzackie, niemieckie….Brzmienie, czy pisownia nazwiska niewiele przecież powiedzieć może o noszącej je osobie.

Po dwóch dniach dopiero poszedłem odebrać mój zegarek. Był zrobiony, zaś opłata jakiej zażądał zegarmistrz wydała mi się naprawdę śmiesznie niska, on natomiast przyjmując ode mnie pieniądze rzekł cichym głosem:

„Proszę Pana, ja chciałbym panu coś powiedzieć. Wiem dobrze, że to może być bardzo nawet przykre dla pana, ale czy pan mieszka lub może mieszkał w Warszawie?”.

Gdy potwierdziłem mówił dalej:

„Bo widzi pan ja jestem Niemcem i w czasie wojny byłem w Polsce, byłem w Warszawie”.

Mówił głosem cichym, wolno, jakby z wahaniem:

„Służyłem w 661 dywizjonie artylerii przeciwlotniczej, wchodzącym w skład 6 Floty Powietrznej. Pod koniec lipca 1944 roku moją baterię przerzucono do Warszawy. Najpierw stacjonowaliśmy na Polu Mokotowskim, a po wybuchu waszego powstania zainstalowaliśmy się na lotnisko Okęcie. Początkowo nie mieliśmy prawie nic do roboty. Jak to wynikało z komunikatów naszego dowództwa ataki waszych oddziałów na lotnisko załamały się, czasem więc tylko strzelaliśmy do jakichś, naziemnych celów. Potem, z rzadka z resztą zaczęły ukazywać się samoloty sowieckie, ale latały bardzo nisko, nad samymi dachami, niewiele więc mogliśmy im zrobić tym bardziej, że nadlatywały one nad miasto o zmierzchu, a nawet nocą. Z tamtego okresu najbardziej wrył mi się w pamięć jeden dzień, a był to jak pamiętam 19 sierpnia 1944 roku. Dzień dla mnie tragiczny, dowiedziałem się bowiem tego dnia, że moje miasto Homberg nad Renem, położone w Zagłębiu Ruhry zostało niemal zrównane z ziemią w wyniku nalotu bombowców alianckich, a moja rodzina zginęła pod gruzami domu.

Cały dzień chodziłem jak nieprzytomny nie mogąc uwierzyć w tę straszną wiadomość i nie umiejąc znaleźć sobie miejsca. Wiem co może mi pan powiedzieć, że to mu, Niemcy wywołaliśmy przecież tę wojnę i że przez nas zginęły niewinnie setki i tysiące ludzi w różnych krajach i w Polsce także. Tak, to prawda, ale to nigdy nie była moja wojna. Ja byłem zwykłym zegarmistrzem w  niedużym mieście, nigdy nie mieszającym się do polityki. Do wojska powołano mnie w 1941 roku, a więc w dwa lata po wybuchu wojny, miałem wówczas lat 43. Tego fatalnego dnia pełniłem popołudniową służbę przy dziale. Siedziałem przy nim apatyczny i było mi wszystko jedno. Zaczęło zmierzchać. W pewnej chwili usłyszałem rozkaz: „działo do boju”. Wołał mój dowódca, wskazując równocześnie cel.

Spojrzałem w tamtym kierunku. Jedno z okien na białej ścianie budynku było nieco oświetlone. Mimo zaciemnienia widać było w nim kilka przebłysków światła. Nie był to na pewno cel strategiczny i później przyszło mi do głowy, że być może to mój dowódca chciał dać mi w tym okropnym dniu „jakieś zajęcie”. Wystrzeliliśmy w to okno serię świetlnych pocisków. Widziałem lecące dość płaskim torem kolorowe kule i ich wybuchy. Ostrzelane przez nas okno przesłoniły kłęby dymu przetykane tysiącem iskier. Po tej serii ogłoszono odbój dla mojego działa, a ja ponownie pogrążyłem się w mych bolesnych rozmyślaniach nie myśląc nawet o tym co działo się w ostrzelanym przez nas pokoju.

W ciągu następnych dni niewiele się chyba działo, ja zresztą wspominam ten okres jakby widziany przez mgłę. Gdzieś pod koniec września chyba, bo jeśli dobrze pamiętam powstanie trwało jeszcze w Warszawie, moja bateria została wycofana z tego miasta. Zajęliśmy pozycje o parędziesiąt kilometrów na zachód od niego. Pewnego, zimowego już dnia, nie umiem przypomnieć, czy raczej uświadomić sobie jego daty, nad nasz rejon nadleciały niespodziewanie szturmowce sowieckie obrzucając nas bombami. Atak był tak nagły i gwałtowny, że nie zdołaliśmy zorganizować należytej obrony. Wielu żołnierzy zginęło, zniszczeniu uległa znaczna część sprzętu, a wśród licznych rannych znalazłem się i ja. Odniosłem liczne obrażenia. Do dziś mam częściowo sztywną i nieco krótszą nogę oraz nie całkiem sprawną, lewą na szczęście rękę. I tak skończyła się dla mnie wojna.

Spędziłem wiele tygodni w szpitalach, a pod wiosnę 1945 roku, jako inwalida wojenny zostałem zdemobilizowany. Nie miałem domu, ani bliskich. Znalazłem schronienie u dalekich krewnych żony pod Koblencją, lecz cóż ja, kaleki zegarmistrz mogłem robić u nich na wsi ? Pewnego dnia przypomniałem sobie, że gdzieś, w Casablance w Maroku mieszkał kiedyś mój stryj, który jako antyfaszysta wyemigrował z Niemiec zaraz po dojściu Hitlera do władzy. Ze względów zrozumiałych rodzina w Niemczech nie utrzymywała z nim kontaktów. Przez Czerwony Krzyż udało mi się odnaleźć stryja, któremu opisałem moje losy i sytuację. Stryj odpisał mi dość szybko i o dziwo serdecznie, polecając mi wręcz przyjazd do siebie. I tak znalazłem się dnia pewnego w Casablance.

Stryj, stary kawaler mieszkał tam od lat kilkunastu i miał niewielki sklep tekstylny. Interes nie szedł mu zbyt dobrze, więc w kąciku swego lokalu pomógł mi urządzić warsztacik zegarmistrzowski. Przez ponad 10 lat mieszkaliśmy i pracowaliśmy razem i jakoś nam to szło. I tak było aż do śmierci stryja. Cały lokal sklepu był zbyt duży dla mego warsztatu, a i koszty utrzymania go zbyt wysokie dla mnie. Nie bardzo wiedziałem co mam dalej robić. Na szczęście dowiedziałem się przypadkiem, że w Rabacie jest do kupienia niewielki warsztat zegarmistrzowski, od dawna nieczynny, z małym zapleczem  mieszkalnym. To było dla mnie dobre wyjście z mej sytuacji. Udało mi się sprzedać mieszkanie i lokal sklepowy w Casablance i przenieść się tu. No i tak tu sobie żyję samotnie, szczęściem udaje mi się zapracować na skromne utrzymanie. Nigdy już po wojnie nie byłem w Europie, ani w Niemczech i nigdy dotąd nie spotkałem żadnego Polaka, pan jest pierwszym dlatego, być może opowiedziałem panu to wszystko. Dziękuję panu za to, że zechciał mnie pan wysłuchać, przepraszam, że nadużyłem pana cierpliwości zajmując mu tyle czasu tym bardziej, że może i dla pana, choć jest pan jeszcze młody, powrót do tamtych lat może być przykry i smutny i wywoływać wspomnienia, do których niechętnie pan wraca”.

      W tym miejscu muszę cofnąć się w czasie o wiele lat, od chwili tamtej rozmowy o lat 25 i z Rabatu przenieść się do Warszawy lat okupacji. Był sierpień roku 1944. Trzeci już tydzień trwało w Warszawie Powstanie. Dnia 19 sierpnia, na podwórzu naszych bloków przy ulicy Puławskiej 130 zjawił się spory oddział żołnierzy AK przybyłych z lasów kabackich z pomocą walczącemu miastu. Zmęczeni trudami przebijania się do Warszawy i wielogodzinną walką z wdzięcznością przyjęli zaproszenie na kwatery w kilku mieszkaniach naszego domu.. Również i w naszym największym pokoju rozlokowało się kilkunastu żołnierzy. Meble zostały poprzenoszone do innych pokoi, a pozostał tylko stół, kredens oraz rzędy materaców i naszych i poznoszonych od sąsiadów.

Ciekawski 13-latek kręciłem się wśród żołnierzy pomagając im „urządzić kwaterę”. Tak bardzo chciałem i ja „iść do Powstania” jak mój starszy brat, żołnierz  Pułku „Baszta”, lecz on właśnie wytłumaczył mi, że powinienem zostać w domu i zaopiekować się Mamą, Babcią i naszym małym, młodszym bratem. Zostałem więc, a teraz miałem okazję pobyć przynajmniej pośród żołnierzy czekając na możliwość przydania się im w czymkolwiek. Okazja po temu nadarzyła się pod wieczór. Wtedy to, gdy żołnierze odpoczęli już nieco zajrzałem do nich, a ich dowódca zapytał mnie czy mamy w domu plan Warszawy. Przyniosłem plan z sąsiedniego pokoju, rozłożyliśmy go na stole i zaciemniliśmy okno zwyczajem okupacyjnym, nie dość jednak dokładnie jak się okazało. We wnęce kredensu zapaliliśmy świeczkę. Potem, dumny ze swej roli zacząłem objaśniać żołnierzom sytuację na planie miasta, którego oni zupełnie nie znali.

W pewnym momencie nastąpiło coś strasznego, potworny huk i piekielny blask. Poczułem, że lecę w powietrzu. Słyszałem krzyki i jęki, rumor walącej się ściany, swąd i gryzący zapach dymu. Uderzyłem w coś twardego i straciłem przytomność. Nie wiem jak wiele czasu minęło nim odzyskałem świadomość. Ocknąłem się w kącie zrujnowanego pokoju, cały obolały i zupełnie ogłuszony krztusząc się dymem i pyłem wypełniającymi pokój. Wokół słychać było jęki. Nie widziałem nic. Wstałem i zataczając się na niepewnych nogach, po omacku dotarłem do klatki schodowej i dalej, schodząc krok po kroku po zasłanych gruzem schodach dowlokłem się do naszej piwnicy. Stanąwszy w jej drzwiach usłyszałem jeszcze okrzyki przerażenia i znów straciłem przytomność.

Ponownie ocknąłem się już na naszym, piwnicznym posłaniu. Jak przez mgłę i jednym tylko, jak mi się wydało okiem zobaczyłem nad sobą twarz mojej Mamy, która w najtrudniejszych nawet chwilach jakich nie szczędziło Jej życie, nie traciła nigdy spokoju i opanowania. Obok Mamy widziałem też niezapomnianego pana Filipiaka, felczera, który przed paroma dniami w ucieczce przed Niemcami z dolnego Mokotowa dotarł do naszego domu i zamieszkał w sąsiedniej piwnicy. On pierwszy udzielił mi fachowej pomocy przemywając rany, usuwając z nich kilkanaście drobnych i  większych odłamków i zakładając opatrunki. Usłyszałem, jak  mówił do Mamy myśląc, że nie słyszę, bo rzeczywiście byłem ogłuszony: „Miejmy nadzieję że oko nie zostało uszkodzone, bo poza tym pocierpi, ale się wyliże”. Zachowuję tego felczera zawsze we wdzięcznej pamięci, bo opiekował się mną aż do końca Powstania, a sam przeżył ogromną tragedię. W kilka dni po opisywanym wyżej wydarzeniu bomba lotnicza trafiła prosto w schron ziemny, wykopany w sąsiednim ogrodzie, ponoć bezpieczniejszy od piwnic pod domami. W schronie tym zginęli córka, zięć i wnuczka felczera, który nota bene owdowiał zaledwie przed kilkoma miesiącami.

W wyniku wybuchu pocisków w naszym pokoju, z których pierwsze z ich serii uderzyły na szczęście w mur tuż pod parapetem okna i dopiero następne, wyrwą w murze wleciały do pokoju byłem naszpikowany odłamkami. Strzelano do nas z działa przeciwlotniczego. Miałem 18 ran, w tym 3 poważne i jedną niebezpieczną. Niewielki odłamek utkwił mi w lewym oku, na które nic nie widziałem, a długo potem widziałem źle. Gdy wszedłem do piwnicy, wyglądałem podobno jak upiór, zakrwawiony i cały obsypany na biało i różowo tynkiem i pyłem ceglanym.

Nazajutrz po wybuchu, pod opieką pana felczera zostałem zaniesiony przez sąsiadów na drzwiach od szafy do pobliskiego szpitala Elżbietanek, niedługo potem zamienionego bombami lotniczymi w stertę gruzu mimo wielkiego, czerwonego krzyż wymalowanego na dachu budynku. W szpitalu, jako najmłodszy w tym dniu ranny, zostałem zoperowany w pierwszej kolejności. Magnesem usunięto mi odłamek z oka szczęśliwie nieuszkodzonego i inne, drobne odłamki tkwiące w wielu miejscach oraz duży kawał metalu z łydki, a także zszyto porozrywane mięśnie i  ścięgna w nodze i lewej dłoni. Zapamiętałem taką rozmowę: „Siostro eter, panie doktorze prawie go już nie mamy, wiem, niech siostra da mu powąchać otwartą butelkę, to pewnie wystarczy’ Wystarczyło. Obudziłem się na leżance na tyłach apteki w naszym domu. Było późne popołudnie, a od pana felczera Filipiaka dowiedziałem się później, że wąchałem nie eter tylko chloroform, po którym czułem się fatalnie.

Ślady tamtego wybuchu pozostały mi na zawsze na mym ciele, ale i w pamięci. Tamtego tragicznego wieczoru w naszym pokoju zginęło 4 żołnierzy, a wszyscy pozostali, w liczbie około 10 byli lżej, lub ciężej ranni. Tak to zakończył się mój „udział w Powstaniu” i znajomość z żołnierzami, którzy przybyli nam z pomocą, a którym ja też chciałem choć trochę pomóc.  

Wszystko to, jakby w filmowym skrócie ujrzałem w myślach wysłuchawszy opowieści rabackiego zegarmistrza. Milczałem dłuższą chwilę wahając się, powiedzieć mu, czy nie powiedzieć, a on wpatrywał się we mnie jakby z niepokojem. Odpowiadając na jego pytanie czy mi nic nie jest powiedziałem wreszcie trochę nieswoim może głosem, że to co teraz powiem będzie z kolei na pewno przykre i smutne dla niego, ale że trzeba jednak żeby jego i moja historia, które splotły się jakoś ze sobą tamtego dnia 19 sierpnia przed 25 laty w dalekiej Warszawie, zostały dopowiedziane  do końca. Słuchał z napięciem.

„Otóż – powiedziałem – i ja doskonale pamiętam  tamten dzień sierpniowy, bo w tym ostrzelanym przez pańskie działo pokoju, wraz z kilkunastoma żołnierzami polskiego podziemia, z których 4 zginęło wówczas, a wszyscy inni zostali ranni, byłem i ja, 13-o letni chłopak. Ja też zostałem poważnie ranny”.

Słysząc to drgnął mój pan zegarmistrz, poruszył się niespokojnie, po czym powiedział cicho:

”Cóż to za niesamowite spotkanie pana ze mną, pewnie mnie pan nienawidzi, a co najmniej żywi pan do mnie poważną urazę i głęboki żal, czemu dziwić się nie mogę”.

„Panie Altman – odrzekłem – minęło już 25 lat od tamtych dni i od tamtego wydarzenia, jak długo można rozpamiętywać złą przeszłość i chować w sercu urazy, czy żale. Nie, nie nienawidzę pana i nie mam do niego żalu. Pozostało mi tylko gdzieś głęboko w sercu smutne wspomnienie tamtych, tragicznych dni”.

Uśmiechnął się smutno i szepnął:

Verzeien się…poprawiając się zaraz : „Pardonnez-moi bien si vous pouvez, je sous prie”,  co znaczyło: „Niech mi pan wybaczy jeśli pan może, bardzo proszę”.

Bez słowa wyciągnąłem do niego rękę, którą on mocno uścisnął. I tak oto, na długo przed oficjalnym nastąpiło moje, prywatne, „polsko-niemieckie pojednanie”.

Zgodnie z moją obietnicą, a na prośbę zegarmistrza, po kilku tygodniach, w ciągu których pracowałem w innych, odległych dzielnicach miasta, wybrałem się w odwiedziny do „mego Niemca”. Warsztat zastałem jednak zamknięty z opuszczoną kratą i ze zwisającą zeń kłódką.. Nie było żadnej wywieszki. W sąsiednim sklepiku zapytałem czy nie wiedzą dlaczego zakład zegarmistrzowski jest zamknięty. Odpowiedziano mi, że monsieur Altman zmarł nagle na serce jakieś trzy tygodnie temu.

„No tak– pomyślałem – zmarł niedługo po naszej  ostatniej rozmowie” i zrobiło mi się jakoś smutno, bo może niepotrzebnie powiedziałem mu, że to on strzelał do mnie wtedy, przed ćwierć wiekiem. „Panie Altman – pomyślałem jeszcze wtedy stojąc przed jego warsztatem i myślę tak do dziś – ja naprawdę nie mam do pana żalu i dobrze się stało, że i to zdołałem panu powiedzieć”.   
 Bohdan Jakubowski
Reklamy
Polecamy

poprzednie zamknij następne